28.07.2024, 17:37 ✶
Rozmawiam z Florence. Potem kieruję się na skały. tam siadam i obserwuję wodę.
Patricka nie było na weselu Blacków. Nie miał pojęcia co tam się działo a plotki… plotki udowadniały mu to, co właściwie wiedział od dawna: czystokrwiści byli pojebani. A im czystszą krew mieli, tym w większym stopniu. Tych kilku czystokrwistych, których cenił i szanował, traktował raczej jako smutny wyjątek od utworzonej przez siebie reguły niż coś normalnego.
Wzruszył bezradnie ramionami.
- Swoją drogą, strasznie to było szybkie wesele, co? – zapytał, raczej po to, by cokolwiek powiedzieć o całej sprawie niż żeby go to interesowało. – Pamiętam, że na balu u Longbottomów Black miał żonę u swojego boku. – Młodziutką. Jasnowłosą. Śliczną, choć wyglądającą na mocno znudzoną.
A teraz ożenił się z córką Chestera Rookwooda. Patricka trochę zaskakiwało, że stary auror jeszcze nie chodził pusząc się jak paw po Ministerstwie Magii. Bądź co bądź, jak na standardy czarodziejskiego świata, kobiecie trafiła się bardzo dobra partia.
- Dobrze. Zrozumiałem. Nie chcesz wychodzić za mąż – rzucił ugodowo. Wychodziło na to, że żaden z Bulstrode’ów nie śpieszył się z zakładaniem rodziny i przynajmniej dwójka z trójki, chętnie zrzuciłaby ten obowiązek na innego krewniaka. – Florence, obiecuję ci, że gdybym wiedział, że Atreus wikła się w coś niebezpiecznego, to próbowałbym go ochronić.
Patrick zdawał sobie sprawę z tego, że była to raczej marna obietnica – bo nie zamierzał niczego zakazywać bratu uzdrowicielki, ale innej nie mógł jej złożyć. Atreus był dorosły. I był aurorem. Z zasady jego praca łączyła się z niebezpieczeństwem. A gdyby przyszło walczyć ze śmierciożercami – to nawet nie Zakon Feniksa, ale wykonywany zawód powinien zmusić Atreusa do opowiedzenia się po właściwej stronie. Stewardowi pozostawało mieć tylko nadzieję, że sam wiedział, która strona była właściwa.
Uśmiechnął się pod nosem. Wzrok miał ciągle utkwiony w zaklętej wodzie. Odwrotnie do Florence, on czasem myślał o tym, co by było gdyby. Co by było, gdyby nie zerwali rytuału. Co by było, gdyby rzeczywiście poszli na randkę. Co by było, gdyby naprawdę się spotykali. Co by było, gdyby… To nie tak, że rozpamiętywał miedlące się w głowie myśli – raczej z perspektywy czasu dostrzegał więcej. I tak wiedział, że stał obok pięknej, wartościowej, pewnej siebie kobiety, która może była trochę zbyt pragmatyczna i twardo stąpająca po ziemi, ale jednocześnie pozostawała pierwszą, o której myślał w wielu kluczowych chwilach swojego życia.
- Ostatecznie, chyba nie groziło mi tam zbyt wielkie niebezpieczeństwo – zauważył lekko. W porównaniu do tego, co spotkało resztę, wydawało się nawet, że Windermere obeszło się z nim wyjątkowo lekko.
Odwrócił się w stronę bawiących się na plaży. Założył ręce na piersiach. Obserwował ich zamyślony. Za jego plecami słońce zniżało się powoli nad powierzchnię wody.
- Chyba zaczynają się tańce? Jeśli chcesz… - niedopowiedziane zdanie zawisło mu na ustach. Machnął ręką w stronę baru, Tedy’ego i pudełek, które przyniósł. – Ja jeszcze chwilę tu posiedzę. Lubię obserwować zachody słońca.