Nie dało się tak ciągłe żyć – z tym pomijaniem i udawaniem, że nic się nie stało, nie dzieje i że wszystko jest w porządku. Nie mogło być, skoro to się gniotło gdzieś w sercu i głowie, a nadal miało się sumienie. Prędzej czy później się to wyleje – tak przynajmniej zakładała, że przyjdzie moment, że Sauriel będzie się z tym musiał zmierzyć. Nie był z tym sam, pomimo tego, jak bardzo się odgradzał od ludzi i trzymał ich na dystans (albo to dotyczyło tylko ją, nie wiedziała), ale to chyba było ważne? Mieć kogoś, z kim możesz porozmawiać i z siebie to wylać, poukładać w głowie. Że istniała sama możliwość, a nie było się pozostawionym na pastwę losu…
– A to słuchaj, dobrze – święte oburzenie… ale i ona się roześmiała, bo chyba oboje zdawali sobie sprawę, że nie zrobiłaby mu krzywdy. I że potrafiła się posługiwać swoją różdżką bardzo dobrze, w tym ukochała sobie zaklęcia powodujące ogień – bo jej nic nie robił.
[a]Rozkrajanie i patrzenie na wnętrzności w ogóle nie wchodziło w grę. Tak jak nie zrobiłaby tego na żywym organizmie, tak samo nie zrobiłaby tego na wampirze – po prostu nie. Miała tu te same ograniczenia i nawet jej przez myśl nie przeszło, że mogłoby być inaczej: bo dla niej był osobą, tylko i aż tyle.
– Ranisz mnie – powiedziała całkowicie niezrażona i bardzo delikatnie, ledwie krańcem opuszków palców dotknęła jego policzka, naciągając mu skórę nieznacznie, by zajrzeć mu najpierw w jedno oko, potem w drugie. – Mam zajebiste wyczucie stylu. Ale jak chcesz różowe puchate, to kim jestem, żeby ci odmówić. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – przywoływało wspomnienia… Jak tej nocy, kiedy rozgrywali jej przegrany zakład i cały wieczór była na jego łasce. Wtedy też jego życzenie było dla niej rozkazem. I na złość wyczarowywała mu te różowe poduszeczki, bo tak bardzo nie pasowały do Księcia Ciemności, Krawędziowego Lorda… Ale już od dawna wiedziała, że lubił puchate i mięciutkie rzeczy. Tym niemniej puchate majtki dla faceta nie przyszły jej do głowy. Kupiłaby mu takie… normalne. Takie, które by do niego pasowały.
To fakt, nie była zamknięta na mugolski świat, ale była co do niego bardzo ostrożna i niechętna, przez swoje doświadczenia z poprzedniej pracy. Ale… Była też zainteresowana – głównie dlatego, że dla Sauriela było to takie ważne i starała się na to jakoś otworzyć. Przecież do dla niego przeczytała mugolską książkę przygodową, gdyby nie on, to by jej przecież nawet nie tknęła.
– Na pewno chcesz pozostać przy formie „inne chuje” oraz „wykarmiły” w kontekście chłopca wychowywanego w lesie? – uśmiechnęła się uprzejmie. – No dobra, z oczami wszystko jest w porządku – to teraz buzia. Dobrze, że Sauriel nie stawiał oporu i po prostu dał się obejrzeć, prezentując jej przy tym swoje pełne uzębienie. Na moment tylko zatrzymała wzrok na kłach, by zajrzeć za nie, bo nie one ją w tym momencie interesowały. – Czekaj, muszę sobie poświecić – mruknęła i wyciągnęła różdżkę, w ten słoneczny dzień rozpalając na jej końcu światełko. Nie wepchnęła mu jej do gardła co to, to nie, po prostu sobie poświeciła, żeby lepiej widzieć… I ewidentnie mu to gardło napuchło. – Masz na coś uczulenie? – sądziła, że nie ma… ale może jej po prostu nie powiedział, albo nie wiedział…? Albo to po prostu wyszła taka reakcja ze składników, które dobrała? Victoria zmarszczyła brwi, a ostatecznie wsadziła sobie różdżkę za ucho i położyła swoje zimne, delikatne dłonie na jego szyi, lekko naciskając po bokach i w miejscu, gdzie powinny się znajdywać węzły chłonne. – Boli? Masz trochę opuchnięte gardło – Victoria wyprostowała się i zabrała swoje ręce z szyi Sauriela, wyraźnie zamyślona, bo zastanawiała się, co to spowodowało i jak można by temu zaradzić… zakładając w ogóle, ze główne przeznaczenie eliksiru zadziała. Nawet nie myślała o tym, że czuł się źle i przez to może być bardziej głodny. Cholera – nie zaatakował jej nawet wtedy, kiedy taplała się (niemalże dosłownie) we własnej krwi na łóżku. Zresztą nie musiałby jej wcale atakować, mógłby zapytać i by mu nie odmówiła – bo rozważała ten scenariusz od bardzo dawna, chyba nawet kiedyś, dawno temu, o tym rozmawiali.
– Może być od północy – no, ona też zauważyła, że ma prooblem jak odpowiednio nazywać picie krwi. Piciem? Jedzeniem? Technicznie było to picie, praktycznie – pożywianie się, wiec jedzenie. Jedzenie zaś kojarzyło się z innymi posiłkami… tak jak picie w wykonaniu Sauriela to raczej był alkohol. Ech, trudno się wylosowało. Ale chyba oboje zrozumieli, o co chodzi jednemu i drugiemu. – Słodziak jesteś, jak tak próbujesz wyjaśnić, co dokładnie masz na myśli – ale pokiwała głową: bo zrozumiała go i jednocześnie nie było za bardzo niczego, z czym mogło to wchodzić w konflikt… Jednocześnie dobrze i niedobrze. Ale ostatecznie Victoria westchnęła i wyciągnęła do Sauriela ręce. – Chodź, nie bój się. Wystawisz na słońce tylko palec, dobra? W razie czego będziemy gasić, nic ci nie będzie. Jak całkiem nie podziała, to tam ci bezoar, bo nie powinno ci gardło napuchnąć – ale jeśli podziała… To będzie musiała pomyśleć o tym, jak poprawić tę formułę.