28.07.2024, 21:38 ✶
Wracamy od zaklętej wody i idę dorzucić los
- Właściwie... po prostu od dawna o tym nie myślałam.
Według standardów ich społeczności była starą panną już od dobrych dwóch lat. Florence przyjęła to bez zbędnych emocji, bo taką miała już naturę: praca w szpitalu była satysfakcjonująca, nie obchodzili jej plotkarze, a uwagi cioć, wujków i współpracowników potrafiła zbyć w taki sposób, że zaprzestawali dyskusji. Jedynym naprawdę bliskim jej mężczyzną był właściwie Steward, a na jego życie długim cieniem kładła się Clare i Florence… po prostu nie myślała dotąd nigdy o tym, by próbować przekroczyć granicę między nimi.
Kolejne słowa Patricka szybko jednak zwróciły jej myśli na inne tory.
- Nie chcę takich obietnic - zapewniła Florence łagodnie, unosząc na niego wzrok. Martwiła się o brata: zawsze martwiła się o swoich bliskich. Ale nikt nie mógł go ochronić przed tą wojną, i co gorsza czasem obawiała się, że większym zagrożeniem niż przypadkiem rzucona avada może być dla Atreusa on sam, jego własne wybory, gniew wypalający od środka i źle obrana ścieżka. Sama, mimo całego swojego uporu, skręciła nagle, trochę z powodu Patricka, a bardzo - z powodu Beltane. I nie była pewna, dokąd wydarzenia stamtąd poprowadzą Atreusa i Oriona. - Wiem, że zawsze zrobisz to, co należy i nie musisz mi niczego obiecywać - powiedziała, podnosząc się powoli i wychodząc spomiędzy skał, by i inni mieli szansę spojrzeć na zaklętą wodę. Ufała Stewardowi, i nie chciała czynić z niego strażnika swojego brata. Nie mogła obciążać go czymś takim – i musiała wierzyć, że Atreus takiej ochrony nie będzie potrzebował.
Ruszyła powoli po piasku, spoglądając na tłumek: przegapiła wielką akcję opatrywania Camerona. Na jego szczęście.
Zawahała się, gdy spytał, czy nie chce dołączyć do tańczących. Florence nie miała nic przeciwko tańczeniu, choć nie była też tego największą wielbicielką: i zwykle robiła to raczej na przyjęciach, ze znajomymi. Nie była pewna, czy chce tych ludzi poznawać, czy powinna – nie tyleż dlatego, że nie nawiązywała szybko znajomości (a faktycznie tak było), ile że miała pozostawać… nieco z boku organizacji. Pomyślała jednak, że skoro tu już przyszła, nie powinna się dystansować.
– Chyba mają więcej mężczyzn, więc rzeczywiście pójdę. Niedługo wrócę… mam coś dla ciebie – powiedziała jeszcze, posyłając Patrickowi uśmiech, zanim skierowała się tam, by jako jedna z ostatnich przekazać karteczkę Tedy’emu.
- Właściwie... po prostu od dawna o tym nie myślałam.
Według standardów ich społeczności była starą panną już od dobrych dwóch lat. Florence przyjęła to bez zbędnych emocji, bo taką miała już naturę: praca w szpitalu była satysfakcjonująca, nie obchodzili jej plotkarze, a uwagi cioć, wujków i współpracowników potrafiła zbyć w taki sposób, że zaprzestawali dyskusji. Jedynym naprawdę bliskim jej mężczyzną był właściwie Steward, a na jego życie długim cieniem kładła się Clare i Florence… po prostu nie myślała dotąd nigdy o tym, by próbować przekroczyć granicę między nimi.
Kolejne słowa Patricka szybko jednak zwróciły jej myśli na inne tory.
- Nie chcę takich obietnic - zapewniła Florence łagodnie, unosząc na niego wzrok. Martwiła się o brata: zawsze martwiła się o swoich bliskich. Ale nikt nie mógł go ochronić przed tą wojną, i co gorsza czasem obawiała się, że większym zagrożeniem niż przypadkiem rzucona avada może być dla Atreusa on sam, jego własne wybory, gniew wypalający od środka i źle obrana ścieżka. Sama, mimo całego swojego uporu, skręciła nagle, trochę z powodu Patricka, a bardzo - z powodu Beltane. I nie była pewna, dokąd wydarzenia stamtąd poprowadzą Atreusa i Oriona. - Wiem, że zawsze zrobisz to, co należy i nie musisz mi niczego obiecywać - powiedziała, podnosząc się powoli i wychodząc spomiędzy skał, by i inni mieli szansę spojrzeć na zaklętą wodę. Ufała Stewardowi, i nie chciała czynić z niego strażnika swojego brata. Nie mogła obciążać go czymś takim – i musiała wierzyć, że Atreus takiej ochrony nie będzie potrzebował.
Ruszyła powoli po piasku, spoglądając na tłumek: przegapiła wielką akcję opatrywania Camerona. Na jego szczęście.
Zawahała się, gdy spytał, czy nie chce dołączyć do tańczących. Florence nie miała nic przeciwko tańczeniu, choć nie była też tego największą wielbicielką: i zwykle robiła to raczej na przyjęciach, ze znajomymi. Nie była pewna, czy chce tych ludzi poznawać, czy powinna – nie tyleż dlatego, że nie nawiązywała szybko znajomości (a faktycznie tak było), ile że miała pozostawać… nieco z boku organizacji. Pomyślała jednak, że skoro tu już przyszła, nie powinna się dystansować.
– Chyba mają więcej mężczyzn, więc rzeczywiście pójdę. Niedługo wrócę… mam coś dla ciebie – powiedziała jeszcze, posyłając Patrickowi uśmiech, zanim skierowała się tam, by jako jedna z ostatnich przekazać karteczkę Tedy’emu.