29.07.2024, 13:00 ✶
Florence zacisnęła wargi, bardzo mocno, aż utworzyły wąską linię, a jej twarz, ładna przecież, nagle sporą część tego arystokratyczne uroku utraciła, z powodu grymasu niezadowolenia. Taką minę robiła bardzo rzadko, zwykle gdy któryś ze studentów Akademii Munga udzielając odpowiedzi na jakieś pytanie sugerował postępowanie, które mogłaby kogoś zabić – bo zwykłe pomyłki najczęściej prostowała, te głupsze czasem zbywając ironicznym komentarzem czy nieszczerym uśmiechem.
To nie była odpowiedź, jakiej powinien udzielić uzdrowiciel, i nijak nie pomagała w ustaleniu, skąd nadbiegły te bestie, czy do kogoś należały, nie nalegała jednak, dochodząc do wniosku, że Leo prawdopodobnie jest w szoku.
– Panie O'Dwyer, proszę wziąć się w garść – powiedziała Florence, podchodząc bliżej. Psy wciąż spały, przyjrzała się im więc, oceniając stopień zaniedbania, próbując wywnioskować, czy mogą do kogoś należeć. Jeden wyglądał źle, jeśli nawet miał właściciela, to ewidentnie nie zasługującego na to miano, na szyi drugiego za to była obroża. Doskonale, mogła potem poszukać właściciela. Rozdarta była teraz wewnętrznie, pomiędzy zajęciem się tymi morderczymi bestiami i osobą za nie odpowiedzialną, a myślą, że pacjent na nich czekał, oni zaś byli spóźnieni już dobre pięć minut – dobrze, że umówiła się z Heliosem chwilę wcześniej. – Plecy – dodała, stając za nim i poddając oględzinom rzeczoną część ciała. Kurtka była w strzępach: miał szczęście, że ją założył, mimo lata, inaczej zostałby w najlepszym wypadku poważnie poraniony, a może i poszarpany. Wyglądało jednak na to, że psy nie zdążyły zadać naprawdę groźnych obrażeń, chociaż tu i ówdzie sięgnęły skóry.
– Jest pan w stanie się teleportować? – zapytała, cofając się. Obrażenia wymagały głównie potraktowania eliksirem odkażającym i wypicia kropli wiggenowego, ale tego pierwszego ze sobą dzisiaj nie wzięła, a i nie chciała rzucać kolejnych zaklęć na środku mugolskiej ulicy. – Proszę dzisiaj wracać do domu. Rany trzeba przemyć połową butelki eliksiru odkażającego, potem wypić pół łyżeczki wiggenowego. Jeżeli czuje się pan na siłach, można użyć dodatkowo episkey.
Zaklęcie zaleczy rany, a potem mikstura utrwali efekt.
– Zajmę się tymi psami i pacjentem – mruknęła, bo on ewidentnie nie nadawał się w tej chwili ani do jednego, ani do drugiego, zbyt przerażony atakiem.
To nie była odpowiedź, jakiej powinien udzielić uzdrowiciel, i nijak nie pomagała w ustaleniu, skąd nadbiegły te bestie, czy do kogoś należały, nie nalegała jednak, dochodząc do wniosku, że Leo prawdopodobnie jest w szoku.
– Panie O'Dwyer, proszę wziąć się w garść – powiedziała Florence, podchodząc bliżej. Psy wciąż spały, przyjrzała się im więc, oceniając stopień zaniedbania, próbując wywnioskować, czy mogą do kogoś należeć. Jeden wyglądał źle, jeśli nawet miał właściciela, to ewidentnie nie zasługującego na to miano, na szyi drugiego za to była obroża. Doskonale, mogła potem poszukać właściciela. Rozdarta była teraz wewnętrznie, pomiędzy zajęciem się tymi morderczymi bestiami i osobą za nie odpowiedzialną, a myślą, że pacjent na nich czekał, oni zaś byli spóźnieni już dobre pięć minut – dobrze, że umówiła się z Heliosem chwilę wcześniej. – Plecy – dodała, stając za nim i poddając oględzinom rzeczoną część ciała. Kurtka była w strzępach: miał szczęście, że ją założył, mimo lata, inaczej zostałby w najlepszym wypadku poważnie poraniony, a może i poszarpany. Wyglądało jednak na to, że psy nie zdążyły zadać naprawdę groźnych obrażeń, chociaż tu i ówdzie sięgnęły skóry.
– Jest pan w stanie się teleportować? – zapytała, cofając się. Obrażenia wymagały głównie potraktowania eliksirem odkażającym i wypicia kropli wiggenowego, ale tego pierwszego ze sobą dzisiaj nie wzięła, a i nie chciała rzucać kolejnych zaklęć na środku mugolskiej ulicy. – Proszę dzisiaj wracać do domu. Rany trzeba przemyć połową butelki eliksiru odkażającego, potem wypić pół łyżeczki wiggenowego. Jeżeli czuje się pan na siłach, można użyć dodatkowo episkey.
Zaklęcie zaleczy rany, a potem mikstura utrwali efekt.
– Zajmę się tymi psami i pacjentem – mruknęła, bo on ewidentnie nie nadawał się w tej chwili ani do jednego, ani do drugiego, zbyt przerażony atakiem.