29.07.2024, 21:05 ✶
Z początku Cameron wcale nie miał zamiaru dorastać. Praktycznie do samego końca nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie zakładał, że to po opuszczeniu po raz ostatni szkolnych murów zacznie się prawdziwa zabawa. Zapisze się na wstępne kursy, żeby nieco podrasować swoje CV, a po kilku miesiącach wyprowadzi się do jakiegoś wynajmowanego lokum razem z Heather oraz Charliem i całą trójką będą doświadczać wszelkiego rodzaju cudów związanych z wolnym życiem dorosłych czarodziejów i czarownic. Mało co się z tego spełniło, a i wszelkie nadzieje na to, że faktycznie doświadczą życia po szkole w pełnej krasie, obróciło się w niebyt.
Aż do balu Longbottomów żyli poniekąd ułudą, że być może uda im się jakoś wyjść z tego wszystkiego cało, ale śmierć dziewczyna młodego Rookwooda i nagła zmiana tożsamości, która poskutkowała ''zamknięciem'' w Warowni Longbottomów skutecznie uniemożliwiła im wybitnie częsty kontakt. A potem działania Śmierciożerców nasiliły się w formie ataku na Beltane, a Cameron czuł się tak potwornie bezsilny, że... Chyba nie miał innego wyboru jak tylko dorosnąć. I stać się użytecznym. A że innego fachu w rękach niż lecznictwo i tworzenie eliksirów nie miał, to na tym spędzał większość swojego czasu, czy to podczas stażu, czy też w czasie wolnym. Jakoś musiał się przydać. Jakoś musiał powstrzymać bliskich przed kontuzjami.
— Niektórzy odpoczywają właśnie przez kontakt z ludźmi. Ekstrawertycy w ten sposób ładują swoją energię, bo mogą spędzić czas ze swoimi bliskimi i eee chłonąć ''klimat'' — wytłumaczył bratu, walcząc o to, aby nie przyznać mu racji. — a co jak co, ale trochę dodatkowej energii by ci się przydało. A Heather ma jej w nadmiarze. Powaga.
Wbił na niego na dłużej wzrok, próbując domyślić się, co też mogło chować się pod tymi pełnymi zmartwienia zmarszczkami mimicznymi. Równie dobrze mógł się martwić o odkażenie sali zabiegowej, jak i o coś związanego z panną Zamfir. Może nie podobało mu się to, że ktoś zauważył go z nią? Może się wstydził związku po tym, jak Dandy niespodziewanie zniknęła z jego życia? On się zawsze tak wszystkim martwi, pomyślał bezgłośnie, wycierając usta papierową chusteczką. Chrząknął znacząco.
— Nie rób min, bo ci tak zostanie — upomniał go, biorąc do ust łyżeczkę puddingu. — Wiesz... Skoro już nawet mi się układa w życiu, to tobie tym bardziej powinno. To ty jesteś tym bardziej ogarniętym z naszej trójki, co nie? Wprawdzie Cecylka wyprzedza nas obu, ale ty naprawdę nie jesteś daleko za nią.
Poza tym nie był ślepy. Cedric był naprawdę przystojnym facetem. Jak na jego brata. Na pewno oglądało się za nim pół oddziału, więc gdyby tylko zebrał się w sobie, to na pewno znalazłby sobie kogoś fajnego. Byle tylko nie była to lekarka, która ma takiego samego hopla na punkcie nadgodzin, skomentował w myślach Cameron, nabierając kolejną porcję puddingu na łyżeczkę. Mmm… Dobre.
— Nie lubię tego podejścia — stwierdził Cameron z nutą dziecięcego rozdrażnienia w głosie. Zupełnie, jakby Florence była przedszkolanką, która nie przypadła mu pierwszego dnia do gustu i doszukiwał się w każdym jej geście jakieś oszustwa i próby dania mu za coś nauczki. — Praca pod presją to jedno i wiem, że obchodzimy się z ludzkim życiem i zdrowiem, a-ale... Umpf, po prostu mogłaby być milsza.
Zająknął się, zdając sobie sprawę, że brakuje mu argumentów. Aż za dobrze pamiętał, jak Bulstrode zaciągnęła go półprzytomnego po całej nocy spędzonej w lesie do namiotu medyków w obozie wolontariuszy na Polanie Ognisk. Tuż po ataku Śmierciożerców po Beltane, kiedy czarodzieje i czarownice z całego kraju sprowadzali z Kniei Godryka kolejne ofiary czarnoksiężników, jak i natury. To była praca pod presją. I obchodzenie się z ludzkim życiem. W tamtych warunkach nie było miejsca na błąd. Ograniczone zasoby. Wyzwanie. Nauczka. Lekcja. Pokręcił powoli głową.
— Jej ojciec jest chyba bardziej przyziemny niż matka. Prowadzi sklep z wyposażeniem miotlarskim na Pokątnej. A Matka... Wiesz, ona też była zawodniczką quidditcha. Ma kupę medali i jakichś pucharków. Bardzo dobra szukająca. Przynajmniej tak mówią jej osiągnięcia i Heather — przyznał, bo sam o rozgrywkach czarodziejów nie wiedział za wiele. Lęk wysokości i złe wspomnienia z lekcji latania w akademii magia skutecznie trzymały go z daleka od tych zaklętych kijków i kamieni rozwalających ludziom głowy i kolana. Cholerne tłuczki. — W sumie to trochę straszne. — Cameron zamrugał parokrotnie. — Wiesz, jej stary robi w wytwórstwie... Ja siedzę w wytwórstwie przez eliksiry... Jej matka była wielką gwiazdą... Heather też jest wielką gwiazdą...
Wbił pytający wzrok w brata, bo w sumie nie wiedział, co o tym myśleć.
— A co do kasy...Jeśli mam być szczery, to dzisiaj wystarczy mi parę mniejszych nominałów — rzucił z szerokim uśmiechem, starając się przekierować rozmowę na mniej poważne tory. Do ślubu i wesela jeszcze daleka droga. — Może po dyżurze skoczę do dzielnicy mugoli na jakiegoś kebaba. Będę musiał przy okazji rozmienić gdzieś naszą walutę.
Aż do balu Longbottomów żyli poniekąd ułudą, że być może uda im się jakoś wyjść z tego wszystkiego cało, ale śmierć dziewczyna młodego Rookwooda i nagła zmiana tożsamości, która poskutkowała ''zamknięciem'' w Warowni Longbottomów skutecznie uniemożliwiła im wybitnie częsty kontakt. A potem działania Śmierciożerców nasiliły się w formie ataku na Beltane, a Cameron czuł się tak potwornie bezsilny, że... Chyba nie miał innego wyboru jak tylko dorosnąć. I stać się użytecznym. A że innego fachu w rękach niż lecznictwo i tworzenie eliksirów nie miał, to na tym spędzał większość swojego czasu, czy to podczas stażu, czy też w czasie wolnym. Jakoś musiał się przydać. Jakoś musiał powstrzymać bliskich przed kontuzjami.
— Niektórzy odpoczywają właśnie przez kontakt z ludźmi. Ekstrawertycy w ten sposób ładują swoją energię, bo mogą spędzić czas ze swoimi bliskimi i eee chłonąć ''klimat'' — wytłumaczył bratu, walcząc o to, aby nie przyznać mu racji. — a co jak co, ale trochę dodatkowej energii by ci się przydało. A Heather ma jej w nadmiarze. Powaga.
Wbił na niego na dłużej wzrok, próbując domyślić się, co też mogło chować się pod tymi pełnymi zmartwienia zmarszczkami mimicznymi. Równie dobrze mógł się martwić o odkażenie sali zabiegowej, jak i o coś związanego z panną Zamfir. Może nie podobało mu się to, że ktoś zauważył go z nią? Może się wstydził związku po tym, jak Dandy niespodziewanie zniknęła z jego życia? On się zawsze tak wszystkim martwi, pomyślał bezgłośnie, wycierając usta papierową chusteczką. Chrząknął znacząco.
— Nie rób min, bo ci tak zostanie — upomniał go, biorąc do ust łyżeczkę puddingu. — Wiesz... Skoro już nawet mi się układa w życiu, to tobie tym bardziej powinno. To ty jesteś tym bardziej ogarniętym z naszej trójki, co nie? Wprawdzie Cecylka wyprzedza nas obu, ale ty naprawdę nie jesteś daleko za nią.
Poza tym nie był ślepy. Cedric był naprawdę przystojnym facetem. Jak na jego brata. Na pewno oglądało się za nim pół oddziału, więc gdyby tylko zebrał się w sobie, to na pewno znalazłby sobie kogoś fajnego. Byle tylko nie była to lekarka, która ma takiego samego hopla na punkcie nadgodzin, skomentował w myślach Cameron, nabierając kolejną porcję puddingu na łyżeczkę. Mmm… Dobre.
— Nie lubię tego podejścia — stwierdził Cameron z nutą dziecięcego rozdrażnienia w głosie. Zupełnie, jakby Florence była przedszkolanką, która nie przypadła mu pierwszego dnia do gustu i doszukiwał się w każdym jej geście jakieś oszustwa i próby dania mu za coś nauczki. — Praca pod presją to jedno i wiem, że obchodzimy się z ludzkim życiem i zdrowiem, a-ale... Umpf, po prostu mogłaby być milsza.
Zająknął się, zdając sobie sprawę, że brakuje mu argumentów. Aż za dobrze pamiętał, jak Bulstrode zaciągnęła go półprzytomnego po całej nocy spędzonej w lesie do namiotu medyków w obozie wolontariuszy na Polanie Ognisk. Tuż po ataku Śmierciożerców po Beltane, kiedy czarodzieje i czarownice z całego kraju sprowadzali z Kniei Godryka kolejne ofiary czarnoksiężników, jak i natury. To była praca pod presją. I obchodzenie się z ludzkim życiem. W tamtych warunkach nie było miejsca na błąd. Ograniczone zasoby. Wyzwanie. Nauczka. Lekcja. Pokręcił powoli głową.
— Jej ojciec jest chyba bardziej przyziemny niż matka. Prowadzi sklep z wyposażeniem miotlarskim na Pokątnej. A Matka... Wiesz, ona też była zawodniczką quidditcha. Ma kupę medali i jakichś pucharków. Bardzo dobra szukająca. Przynajmniej tak mówią jej osiągnięcia i Heather — przyznał, bo sam o rozgrywkach czarodziejów nie wiedział za wiele. Lęk wysokości i złe wspomnienia z lekcji latania w akademii magia skutecznie trzymały go z daleka od tych zaklętych kijków i kamieni rozwalających ludziom głowy i kolana. Cholerne tłuczki. — W sumie to trochę straszne. — Cameron zamrugał parokrotnie. — Wiesz, jej stary robi w wytwórstwie... Ja siedzę w wytwórstwie przez eliksiry... Jej matka była wielką gwiazdą... Heather też jest wielką gwiazdą...
Wbił pytający wzrok w brata, bo w sumie nie wiedział, co o tym myśleć.
— A co do kasy...Jeśli mam być szczery, to dzisiaj wystarczy mi parę mniejszych nominałów — rzucił z szerokim uśmiechem, starając się przekierować rozmowę na mniej poważne tory. Do ślubu i wesela jeszcze daleka droga. — Może po dyżurze skoczę do dzielnicy mugoli na jakiegoś kebaba. Będę musiał przy okazji rozmienić gdzieś naszą walutę.