Morpheus niedawno zakończył rok szkolny. Tragiczny rok szkolny, podczas którego coś spetryfikowało kilku uczniów oraz zabiło koleżankę z roku oraz z domu, do którego uczęszczał najmłodszy z dzieci Godryka Longbottoma. Krążyły plotki o zamknięciu szkoły, część dzieci przerwała edukację w placówce, jeden z uczniów został wydalony ze szkoły, pół-gigant Hagrid, za domniemane morderstwo. To był rok, w którym zaczął zastanawiać się nad swoją tożsamością, jako człowieka, rok w którym samoloty latały nad Anglią i Hitler próbował podbić całą Europę. Czarodzieje mogli być głusi na mugolskie konflikty, ale nie na wybuchy bomb, zagrażające również ich życiu, na alarmy i wygaszanie świateł, aby utrudnić wrogim pilotom nad ich głowami nawigację.
To był rok, w którym Morpheus po raz pierwszy zobaczył martwe ciało, na dodatek była to jego koleżanka. Głupia, denerwująca, ale nadal koleżanka. To był również rok, w którym matka spojrzała na niego pustym spojrzeniem wieszczów i obwieściła mu głosem bogów, że umrze młodo na polu hiacyntów.
Na pierwszy rzut oka w ogóle nie wyglądali jak bracia, on i Clemens.
Tylko ubierali się podobnie, w standardzie koszuli i spodni materiałowych na szelkach. Nowomodnie Morpheus podwinął mankiety do łokci i zaczesał włosy do tyłu. Normalnie kręcone krucze włosy, teraz ułożono i przyklepano do czaszki, zaznaczając ten moment, gdy z chuderlawego chłopca zmieniał się już w nie tak chuderlawego mężczyznę. Od czasu, gdy widzieli się ostatnio z Clemensem, co było dokładnie na jego weselu, bo później nadeszła przeprowadzka, szkoła oraz inne niesprzyjające zdarzenia, Morpheus urósł prawie dwadzieścia centymetrów i nieco zmężniał. Jego sylwetka z witki, zaczęła przypominać bardziej prostokąt, bardziej wojownicze kształty. Jakby wbrew tej tranzycji, wbrew przeznaczeniu, Morpheus siedzący pod drzewkiem jabłoni, trzymał w rękach tanie wydanie esejów astronomicznych wydanych przez Uniwersytet Cambridge.
— Matka cię zabije — powiedział głucho, jakby próbował go przestraszyć i wskazał długim palcem narzutę, na której umościł się jego brat. Ciemne oczy, niemal nieruchome, obserwowały uważnie Clemensa znad brzegu lektury. Patrzył na kartonowe pudło, a później na sześcian. Oczy mu zalśniły, fascynacja pulsowała w nim, aż zamarł, próbując z daleka rozczytać, co mówiły runy i co mogły oznaczać oraz, co najważniejsze, jakie ciągi mogły ułożyć w ograniczeniach pól. Próbował opanować swoją fascynację, ale Clemens mógł od razu zauważyć, że młodszy brat zapuszcza żurawia w jego stronę.
Ciekawski smarkacz.
Morpheus odstawał od swoich braci. Po pierwsze późna ciąża przebiegała z komplikacjami, a i dziecko urodziło się raczej słabego zdrowia i magimedycy kazali przygotować się na najgorsze. Po drugie otrzymał po kądzieli dar jasnowidzenia, dużo mocniejszy niż ich matka i generalnie był przez to dziwnym dzieckiem. Nieco odstręczającym, trochę wybuchowym, które bardzo mocno próbowało dopasować się do swoich braci, ich pozornej powagi i dorosłości oraz ogólnego poczucia humoru.