29.07.2024, 21:56 ✶
Anthony nie był magipsychiatrą i nigdy do końca nie interesował się tematyką post-traumatic stress disorder, szczególnie, że tak naprawdę opisano to schorzenie w 1980, więc nawet nie miało jak mu się obić o uszy, że tak może być. Czytał jednak na tyle dużo reportaży i książek historycznych, czytał wiele poezji i biografii, by wiedzieć, że wojna pozostawia w sobie ślad. W końcu czytał drugą książkę Isaaca Bagshota, która była okrutnym obrazem. Być może zbyt okrutnym do dość łagodnej, skrytej pod pokrywą bawidamka i lekkoducha duszy. Nie zamierzał jednak w tym wszystkim wzywać magipsychiatrę ze swojej sieci, Perseusz zbyt pewnie był pochłoniety przygotowaniem do swojego ślubu. Zamiast tego sięgnął po stare sprawdzone sposoby na bolączki duszy. Kadzidło, alkohol i w ostatecznej drodze sen, kojący pocałunek Morpheusa, który odbierał troski i regenerował zszarpane tkanki nie tylko ciała, ale też właśnie i umysłu.
Na prośbę Isaaca ruchem różdżki przesunął kotary, które przesłoniły światło, pozostawiając tylko kandelabry w ciepłym półmroku.
– Oni mają opiekę medyczną Isaacu. Przyjechali aurorzy, eliksiry leczące poszły w ruch. Jest dobrze. Świetnie się spisałeś. Dzięki Tobie większość osób nie odniosła uszczerbku na zdrowiu. – Informował go łagodnie, dolewając whisky, najskuteczniejszego środka nasennego jaki wymyśliła ludzkość.
Zaraz potem podniósł się i ruszyłdo sekretarzyka, by wyciągnąć figurę smoka trzymającego szafirową kulę. Z eleganckiego pudełeczka sięgnął po kadzidełko opisane jako wyciszające umysł. Powinien rozpoznać je po kolorze, niestety nie było to absolutnie możliwe. Szczęśliwie deskrypcje przychodziły z pomocą. Przez moment próbował rozpalić stożek splatając surową magię wokół myśli o małym płomieniu, ale jego czakry wciąż pozostawały przyblokowane. Za mało jogi. Za mało pogodzenia się z sobą. Za mało czasu być może, poświęconego na naukę, za dużo na utyskiwanie na swoją samotność. Stłumił jednak te myśli i już normalnie, różdżką, odpalił trociczek pozwalając bieli pokoju pokrywać się stopniowo dymem ulatującym z nozdrzy ceramicznego smoka wprost na kulę.
– Pij. Poczujesz się lepiej. Odrętwienie jest teraz Twoim sprzymierzeńcom – polecił miękko, żałując, że nie wyspecjalizował się jednak w urokach, bo w tym potrzaskanym stanie mógłby bez trudu wymusić na Isaacu posłuszeństwo prowadzące go wprost do potrzebnego snu i zadbać o to, żeby nie robił głupstw na drodze do finału tego scenariusza. To znaczy... już tego pilnował zabierając go do swojego mieszkania i pozwalając bełkotać w salonie. Lepiej tak, niż przy obcych ludziach w obcym miejscu. Choć czy rzeczywiście byli sobie znajomymi?
Na prośbę Isaaca ruchem różdżki przesunął kotary, które przesłoniły światło, pozostawiając tylko kandelabry w ciepłym półmroku.
– Oni mają opiekę medyczną Isaacu. Przyjechali aurorzy, eliksiry leczące poszły w ruch. Jest dobrze. Świetnie się spisałeś. Dzięki Tobie większość osób nie odniosła uszczerbku na zdrowiu. – Informował go łagodnie, dolewając whisky, najskuteczniejszego środka nasennego jaki wymyśliła ludzkość.
Zaraz potem podniósł się i ruszyłdo sekretarzyka, by wyciągnąć figurę smoka trzymającego szafirową kulę. Z eleganckiego pudełeczka sięgnął po kadzidełko opisane jako wyciszające umysł. Powinien rozpoznać je po kolorze, niestety nie było to absolutnie możliwe. Szczęśliwie deskrypcje przychodziły z pomocą. Przez moment próbował rozpalić stożek splatając surową magię wokół myśli o małym płomieniu, ale jego czakry wciąż pozostawały przyblokowane. Za mało jogi. Za mało pogodzenia się z sobą. Za mało czasu być może, poświęconego na naukę, za dużo na utyskiwanie na swoją samotność. Stłumił jednak te myśli i już normalnie, różdżką, odpalił trociczek pozwalając bieli pokoju pokrywać się stopniowo dymem ulatującym z nozdrzy ceramicznego smoka wprost na kulę.
– Pij. Poczujesz się lepiej. Odrętwienie jest teraz Twoim sprzymierzeńcom – polecił miękko, żałując, że nie wyspecjalizował się jednak w urokach, bo w tym potrzaskanym stanie mógłby bez trudu wymusić na Isaacu posłuszeństwo prowadzące go wprost do potrzebnego snu i zadbać o to, żeby nie robił głupstw na drodze do finału tego scenariusza. To znaczy... już tego pilnował zabierając go do swojego mieszkania i pozwalając bełkotać w salonie. Lepiej tak, niż przy obcych ludziach w obcym miejscu. Choć czy rzeczywiście byli sobie znajomymi?