29.07.2024, 23:57 ✶
Na początku przy ognisku, potem zaczynam się rozglądać za Bazylem.
Z jednej strony cieszyła się, że relacja łącząca ją z Millie pozostawała dla zebranych enigmą; z drugiej chciała, żeby dało się to z ich oczu, gestów, albo nawet gwiazd. Z czegokolwiek, co oszczędzi jej tłumaczenia się Alastorowi z czegoś, co zawsze było niewypowiedziane. Z czegoś, co rozumiało się samo przez się w zakamarkach tej pojedynczej wieży.
Dlatego chciała uciec, żeby nie być świadkiem prawdy wychodzącej na jaw, ale jak na złość każdy mówił, żeby została. Nawet Bell, którego poznała kilkanaście minut temu, nie okazując przy tym żadnych przyjaznych emocji. Westchnęła z ciężkością i uśmiechnęła się nieśmiało, słysząc żywe przekonywania, że powinna zostać. Nie wiedziała nawet, co im odpowiedzieć w takiej sytuacji - dziękuję, że tak ciepło o mnie myślicie? Przecież to brzmiało żałośnie, jakby była jakąś ofiarą losu skrzywdzoną przez życie.
Wiedziała, że nie poczuje się częścią tej schadzki, bo była ulepiona z innej gliny, ale nie mogła się teraz wycofać. Nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem nigdy dotąd, a związany z tym szok nie pozwolił jej uciec. Stała więc w miejscu, gapiąc się na wesoło szczebioczącego Botta, któremu już nawet nie miała ochoty życzyć śmierci. Może mu wyśle ten list z propozycją nowego smaku i, kto wie, może nie będzie to cyniczny arszenik.
- Dziękuję, to miłe - odezwała się wreszcie do Bertiego, wyglądając niezręcznie, ale nie brzmiąc złośliwie. - Ale daj już buzi odpocząć - powiedziała to pół żartem, pół serio. Nie z powodu znudzenia fasolą, a raczej dlatego, że był niebezpiecznie blisko, choć zapewne nieświadomie, poprawnej konkluzji tego, co następowało między nią a Mildred. Eden nie lubiła wyciągać swojego serca na ręce, żeby wszyscy mogli je oglądać jak niestworzony eksponat.
Obejrzała się za taktycznie wycofującym się Alkiem; nie miała pojęcia, czemu przekonywał ją do zostania tutaj, a sam umknął gdzieś w tło, ale nie zamierzała pozwolić, by przeszło to bez echa. Nawet jeśli nie miała już tak dużej ochoty na schowanie głowy w piasek i rzeczywiście planowała zostać dłuższą chwilę na tej imprezie, nadal wolała orbitować w towarzystwie kogoś, kogo zna. Nie chciała już poznawać nowych osób, bo całe życie była zapoznawana z ludźmi, z którymi relacje tworzyła płytsze niż kałuża. Chciała utrzymać te wartościowe, a mimo ich niewielkiej ilości i tak przychodziło jej to z trudem.
Poczuła dotyk dłonie Millie; odwróciła do niej głowę błyskawicznie, mimowolnie przemieszczając wzrok na ich splecione dłonie. Poczuła, że coś zostało pomiędzy nie wciśnięte, coś drobnego, acz ciepłego. Spojrzała na Millie czule, nie mogąc odmówić jej, kiedy prosiła ją o pozostanie. Nie, kiedy prosiła w taki sposób.
Nie mogła się zgodzić tylko z jednym - nie chciała spędzać czasu z Alkiem jak kiedyś. Kiedyś była nieznośna, oni kiedyś też się kłócili. A może tak miało być z rodziną Moodych? Kto się czubi, ten się lubi?
- Ale miałam spędzać czas... - z tobą. Nie dokończyła, bo Millie, jak to zawsze miała w zwyczaju, umknęła, zanim Eden zdążyła zebrać poplątane myśli w koherentą całość. Najpierw przepadła ona, potem poszedł i Bott, aby wrzucić własne imiona do skrzynki z losami. Lestrange stała więc przez chwilę samotnie, rozczulona wpatrując się w muszelkę na swojej dłoni.
Z zamyślenia jednak wyrwał ją dźwięk własnego imienia. Powiedzieć, że była zdziwiona, to jak nie powiedzieć nic. Rozejrzała się, marząc wręcz o przesłyszeniu się. Napotkała jednak kilka spojrzeń, które były równie zdziwione jej obecnością w puli jak ona.
Spojrzała znacząco najpierw na Botta, potem na Millie. Nie wiedziała, które z nich zrobiło jej ten psikus, ale jak się dowie, to... To właściwie co? Będzie ich karać za to, że życzą jej wszystkiego dobrego? Że chcą, żeby się rozerwała?
Westchnęła po raz setny tego dnia. Co może pójść nie tak? Basilius jej przecież nie zje, a gorzej niż narąbany Moody przecież nie będzie tańczyć.
Zaczęła więc się rozglądać, poszukując swojego partnera z bożej łaski, bo prawdę mówiąc, do końca nawet nie wiedziała, jak wygląda.
Z jednej strony cieszyła się, że relacja łącząca ją z Millie pozostawała dla zebranych enigmą; z drugiej chciała, żeby dało się to z ich oczu, gestów, albo nawet gwiazd. Z czegokolwiek, co oszczędzi jej tłumaczenia się Alastorowi z czegoś, co zawsze było niewypowiedziane. Z czegoś, co rozumiało się samo przez się w zakamarkach tej pojedynczej wieży.
Dlatego chciała uciec, żeby nie być świadkiem prawdy wychodzącej na jaw, ale jak na złość każdy mówił, żeby została. Nawet Bell, którego poznała kilkanaście minut temu, nie okazując przy tym żadnych przyjaznych emocji. Westchnęła z ciężkością i uśmiechnęła się nieśmiało, słysząc żywe przekonywania, że powinna zostać. Nie wiedziała nawet, co im odpowiedzieć w takiej sytuacji - dziękuję, że tak ciepło o mnie myślicie? Przecież to brzmiało żałośnie, jakby była jakąś ofiarą losu skrzywdzoną przez życie.
Wiedziała, że nie poczuje się częścią tej schadzki, bo była ulepiona z innej gliny, ale nie mogła się teraz wycofać. Nie spotkała się z tak ciepłym przyjęciem nigdy dotąd, a związany z tym szok nie pozwolił jej uciec. Stała więc w miejscu, gapiąc się na wesoło szczebioczącego Botta, któremu już nawet nie miała ochoty życzyć śmierci. Może mu wyśle ten list z propozycją nowego smaku i, kto wie, może nie będzie to cyniczny arszenik.
- Dziękuję, to miłe - odezwała się wreszcie do Bertiego, wyglądając niezręcznie, ale nie brzmiąc złośliwie. - Ale daj już buzi odpocząć - powiedziała to pół żartem, pół serio. Nie z powodu znudzenia fasolą, a raczej dlatego, że był niebezpiecznie blisko, choć zapewne nieświadomie, poprawnej konkluzji tego, co następowało między nią a Mildred. Eden nie lubiła wyciągać swojego serca na ręce, żeby wszyscy mogli je oglądać jak niestworzony eksponat.
Obejrzała się za taktycznie wycofującym się Alkiem; nie miała pojęcia, czemu przekonywał ją do zostania tutaj, a sam umknął gdzieś w tło, ale nie zamierzała pozwolić, by przeszło to bez echa. Nawet jeśli nie miała już tak dużej ochoty na schowanie głowy w piasek i rzeczywiście planowała zostać dłuższą chwilę na tej imprezie, nadal wolała orbitować w towarzystwie kogoś, kogo zna. Nie chciała już poznawać nowych osób, bo całe życie była zapoznawana z ludźmi, z którymi relacje tworzyła płytsze niż kałuża. Chciała utrzymać te wartościowe, a mimo ich niewielkiej ilości i tak przychodziło jej to z trudem.
Poczuła dotyk dłonie Millie; odwróciła do niej głowę błyskawicznie, mimowolnie przemieszczając wzrok na ich splecione dłonie. Poczuła, że coś zostało pomiędzy nie wciśnięte, coś drobnego, acz ciepłego. Spojrzała na Millie czule, nie mogąc odmówić jej, kiedy prosiła ją o pozostanie. Nie, kiedy prosiła w taki sposób.
Nie mogła się zgodzić tylko z jednym - nie chciała spędzać czasu z Alkiem jak kiedyś. Kiedyś była nieznośna, oni kiedyś też się kłócili. A może tak miało być z rodziną Moodych? Kto się czubi, ten się lubi?
- Ale miałam spędzać czas... - z tobą. Nie dokończyła, bo Millie, jak to zawsze miała w zwyczaju, umknęła, zanim Eden zdążyła zebrać poplątane myśli w koherentą całość. Najpierw przepadła ona, potem poszedł i Bott, aby wrzucić własne imiona do skrzynki z losami. Lestrange stała więc przez chwilę samotnie, rozczulona wpatrując się w muszelkę na swojej dłoni.
Z zamyślenia jednak wyrwał ją dźwięk własnego imienia. Powiedzieć, że była zdziwiona, to jak nie powiedzieć nic. Rozejrzała się, marząc wręcz o przesłyszeniu się. Napotkała jednak kilka spojrzeń, które były równie zdziwione jej obecnością w puli jak ona.
Spojrzała znacząco najpierw na Botta, potem na Millie. Nie wiedziała, które z nich zrobiło jej ten psikus, ale jak się dowie, to... To właściwie co? Będzie ich karać za to, że życzą jej wszystkiego dobrego? Że chcą, żeby się rozerwała?
Westchnęła po raz setny tego dnia. Co może pójść nie tak? Basilius jej przecież nie zje, a gorzej niż narąbany Moody przecież nie będzie tańczyć.
Zaczęła więc się rozglądać, poszukując swojego partnera z bożej łaski, bo prawdę mówiąc, do końca nawet nie wiedziała, jak wygląda.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~