10.01.2023, 22:08 ✶
Obie panie były zaaferowane próbami opanowania sytuacji. Właśnie odkrył, że bez kobiecej zaradności to świat nie dałby rady istnieć. We dwie robiły furorę, od razu były w stanie zażegnać największe niebezpieczeństwo i zdejmowały z jego ramion ogromny ciężar. Ich przeplatający się wzajemnie głos cucił go z ospałości i otępienia.
- Nie mdleć. Zapamiętam. Będę przytomny, obiecuję.- grzecznie zapewniał o swoim postanowieniu, na którego realizację miał słaby wpływ. Gdyby "nie odcięły" zaklęcia to faktycznie byłby drugą osobą do ratowania. Nie uważał jednak, że przesadza. Był im obu wdzięczny, że go nie oceniały, nie wierciły dziury w brzuchu tylko zajmowały się najważniejszym - Fergusem. Nie pytał gdzie poszła Brenna (zauważył za to urwane w jednym zawiasie drzwi, na początku potraktowane przez Brennę Bombardą), ufał im.
Po raz setny popatrzył ze strachem na blade lica Fergusa i po raz kolejny sprawdzał czy ten oddycha i ma puls. Ogrzewał jego rękę swoją dłonią, a był rozgorączkowany emocjami, magią, trudną sytuacją. Mimo fatalnego samopoczucia zarejestrował brak odpowiedzi na pytanie czy Fergus z tego wyjdzie. Ta świadomość przygniatała go do podłogi i uniemożliwiała powstanie. Posłał Danielle pełne niepokoju spojrzenie gdy wspomniała, że wie, że mu na nim zależy. Nie mogła wiedzieć, prawda? Nie miał sił o tym myśleć.
- To nie tak miało dziś wyglądać.- jęknął i zatrząsł się od lodowatego deszczu paraliżującego jego nerwy. Poderwał głowę na widok Brenny, patrząc na to, co trzyma w dłoniach.
- Nie wiem. Nie wiem co robić. Czemu on jest taki zimny? Czemu nie może się obudzić?- jęknął. Adrenalina z niego powoli uciekała, ustępując panice.
- Nie wybaczę sobie, nie wybaczę. Nie da rady…- wydusił te słowa do siebie, chyba nieświadomy, że je wypowiadał na głos. Nie utrudniał jednak pracy Danielle. Nie przeszkadzał choć nie potrafił się od niego odsunąć. Powinien wstać, podziękować im za reakcje, za umiejętności, za niezawodność. Powinien im wszystko wytłumaczyć, sto razy się usprawiedliwić ale… nie umiał się na tym skupić. Oddychał płytko i ignorował osłabienie swojego organizmu bo nade wszystko najważniejsze było ocalenie Fergusa. Odrobinę pocieszała go myśl, że powiodło mu się podtrzymanie jego życia. Udało mu się, zrobił to i nie żałował, mimo że poniósł za to taki koszt. Miał świadomość, że to dopiero początek konsekwencji dzisiejszego dnia. One jeszcze nadejdą...
- Nie mdleć. Zapamiętam. Będę przytomny, obiecuję.- grzecznie zapewniał o swoim postanowieniu, na którego realizację miał słaby wpływ. Gdyby "nie odcięły" zaklęcia to faktycznie byłby drugą osobą do ratowania. Nie uważał jednak, że przesadza. Był im obu wdzięczny, że go nie oceniały, nie wierciły dziury w brzuchu tylko zajmowały się najważniejszym - Fergusem. Nie pytał gdzie poszła Brenna (zauważył za to urwane w jednym zawiasie drzwi, na początku potraktowane przez Brennę Bombardą), ufał im.
Po raz setny popatrzył ze strachem na blade lica Fergusa i po raz kolejny sprawdzał czy ten oddycha i ma puls. Ogrzewał jego rękę swoją dłonią, a był rozgorączkowany emocjami, magią, trudną sytuacją. Mimo fatalnego samopoczucia zarejestrował brak odpowiedzi na pytanie czy Fergus z tego wyjdzie. Ta świadomość przygniatała go do podłogi i uniemożliwiała powstanie. Posłał Danielle pełne niepokoju spojrzenie gdy wspomniała, że wie, że mu na nim zależy. Nie mogła wiedzieć, prawda? Nie miał sił o tym myśleć.
- To nie tak miało dziś wyglądać.- jęknął i zatrząsł się od lodowatego deszczu paraliżującego jego nerwy. Poderwał głowę na widok Brenny, patrząc na to, co trzyma w dłoniach.
- Nie wiem. Nie wiem co robić. Czemu on jest taki zimny? Czemu nie może się obudzić?- jęknął. Adrenalina z niego powoli uciekała, ustępując panice.
- Nie wybaczę sobie, nie wybaczę. Nie da rady…- wydusił te słowa do siebie, chyba nieświadomy, że je wypowiadał na głos. Nie utrudniał jednak pracy Danielle. Nie przeszkadzał choć nie potrafił się od niego odsunąć. Powinien wstać, podziękować im za reakcje, za umiejętności, za niezawodność. Powinien im wszystko wytłumaczyć, sto razy się usprawiedliwić ale… nie umiał się na tym skupić. Oddychał płytko i ignorował osłabienie swojego organizmu bo nade wszystko najważniejsze było ocalenie Fergusa. Odrobinę pocieszała go myśl, że powiodło mu się podtrzymanie jego życia. Udało mu się, zrobił to i nie żałował, mimo że poniósł za to taki koszt. Miał świadomość, że to dopiero początek konsekwencji dzisiejszego dnia. One jeszcze nadejdą...