30.07.2024, 00:24 ✶
Tak naprawdę Daisy nie była do końca pewna, co właściwie przywiodło ją na spotkanie z zaginionym przed laty kuzynem, o którego istnieniu (może za sprawą matki) w domu właściwie się nie mówiło. Ciekawość? Bezpośredniość wiadomości, którą do niej wysłał? Sprawa z artykułem o tym biednym Mulciberze i fiutach? Młodziutka dziennikarka ciągle miała przed oczami jego nieszczęsne zdjęcie w otoczeniu penisów. Nie, żeby mu jakoś przesadnie współczuła, ale cały artykuł odbił się echem – przynajmniej w redakcji „Czarownicy”. Darcy zapadłby się pod ziemię, gdyby Scribner przysłała mu taki tort i natychmiast zerwałby współpracę z czasopismem.
A Isaac nie. Isaac wydawał się trochę jak złota rybka. Niby został wyrzucony z akwarium do kibla, ale zamiast paść, uprzytomnił sobie, że tam również jest nie tylko czysta woda, ale i zupełnie nowe terytoria, które mógłby odkryć, gdyby tylko zdecydowałby się pozwolić spłukać.
Tak więc, to chyba ciekawość przywiodła ją na spotkanie z Isaakiem Bagshotem. Tak. Zdecydowanie ciekawość.
Z uwagi na porę roku Daisy miała na sobie krótką, białą, luźną sukienkę z haftowanymi kwiatkami i zarzuconą na ramiona dżinsową kurtkę. Zamiast najmodniejszych w sezonie butów na koturnie, wcisnęła na stopy trampki a u szyi dyndał jej zawieszony aparat fotograficzny.
Obrzuciła długim spojrzeniem stojącego Isaaka, na krócej zawieszając wzrok na trzymanym przez niego w rękach bukieciku stokrotek. Na jej wargach, mimowolnie, zadrgał uśmieszek.
- Jakie to miłe – odpowiedziała mu, biorąc od niego kwiatki.
Bo to naprawdę było miłe. Przeniosła jasne spojrzenie na budynek, przy którym stali. Przechyliła głowę na bok, trochę oceniająco, jakby naprawdę przyglądała się uważniej przedstawionej na afiszu kobiecie.
Odwrotnie do Isaaka, Daisy lubiła nie tyle ludzi, ile… momenty. Chwile zamknięte w czasie. Uwieszoną w powietrzu papierową torebkę, które targana wiatrem wznosiła się i opadała w dół. Na wpół zjedzoną, porzuconą kanapkę. Zadrapania na murze. Dogasający żar z papierosa. Nic nie znaczące przedmioty, których historie mogła sama sobie opowiedzieć.
- Prowadź. Przyznam, że jestem ciekawa i tego co dla nas przygotowałeś, i z jaką sprawą przychodzisz – przyznała się wprost, a potem przyjęła jego ramię i skierowała się tam, gdzie ją poprowadził.
A Isaac nie. Isaac wydawał się trochę jak złota rybka. Niby został wyrzucony z akwarium do kibla, ale zamiast paść, uprzytomnił sobie, że tam również jest nie tylko czysta woda, ale i zupełnie nowe terytoria, które mógłby odkryć, gdyby tylko zdecydowałby się pozwolić spłukać.
Tak więc, to chyba ciekawość przywiodła ją na spotkanie z Isaakiem Bagshotem. Tak. Zdecydowanie ciekawość.
Z uwagi na porę roku Daisy miała na sobie krótką, białą, luźną sukienkę z haftowanymi kwiatkami i zarzuconą na ramiona dżinsową kurtkę. Zamiast najmodniejszych w sezonie butów na koturnie, wcisnęła na stopy trampki a u szyi dyndał jej zawieszony aparat fotograficzny.
Obrzuciła długim spojrzeniem stojącego Isaaka, na krócej zawieszając wzrok na trzymanym przez niego w rękach bukieciku stokrotek. Na jej wargach, mimowolnie, zadrgał uśmieszek.
- Jakie to miłe – odpowiedziała mu, biorąc od niego kwiatki.
Bo to naprawdę było miłe. Przeniosła jasne spojrzenie na budynek, przy którym stali. Przechyliła głowę na bok, trochę oceniająco, jakby naprawdę przyglądała się uważniej przedstawionej na afiszu kobiecie.
Odwrotnie do Isaaka, Daisy lubiła nie tyle ludzi, ile… momenty. Chwile zamknięte w czasie. Uwieszoną w powietrzu papierową torebkę, które targana wiatrem wznosiła się i opadała w dół. Na wpół zjedzoną, porzuconą kanapkę. Zadrapania na murze. Dogasający żar z papierosa. Nic nie znaczące przedmioty, których historie mogła sama sobie opowiedzieć.
- Prowadź. Przyznam, że jestem ciekawa i tego co dla nas przygotowałeś, i z jaką sprawą przychodzisz – przyznała się wprost, a potem przyjęła jego ramię i skierowała się tam, gdzie ją poprowadził.