30.07.2024, 08:00 ✶
- Jakby kiedykolwiek obchodzili cię postronni... - westchnęła Charlotte, przewracając przy tym oczyma . I w jej tonie nie było choćby śladu potępienia, bo i jej nie obchodzili postronni - nawet bardziej niż jego, bo Shafiq dbał o swoją opinię. Była oportunistką i jego też uważała za oportunistę, kierującego się w życiu własną korzyścią i chęcią pomagania ludziom, których lubił, obojętnie jacy by to byli ludzie, czym zajmowali się "po godzinach" i jakie mieli poglądy. I Charlotte nawet to w nim lubiła. To Jonathan z ich czwórki był idealistą i bohaterem, a Morpheus miał trochę tych przeklętych genów, przez które mieszał się w różne sprawy, bo uznawał, że tak trzeba.
Jeśli szło o Charlotte, szklarnia Blacków mogła spłonąć, podobnie jak cały ogród. I niewiele ją obchodziło, że ktoś mógłby się poparzyć.
Stała tutaj dalej, z różdżką w ręku, bo nie chciała, żeby spłonęły te trzy osoby obok. Ze wszystkich gości zgromadzonych w tej posiadłości tylko ich byłoby Charlotte faktycznie żal.
- Tak, wyjdziemy, a to coś cię zadusi, a my westchnienie, że szkoda, oczywiście, bo tak to działa - stwierdziła z niezadowoleniem, nie ruszając się ani o centymetr, gdy Anthony wygasił ogień, a Jonathan wparował do środka. Za kimś innym to właśnie tak by westchnęła, ale za nim płakałby Jessie.
Odwróciła głowę na moment, słysząc echa czyjejeś rozmowy: nie żeby nie poradzili sobie w razie złapania, Charlotte wybuchłaby płaczem i zaczęła opowiadać, zgodnie z prawdą zresztą, że Blackowie wyhodowali tutaj mordercze rośliny, które próbowały ją zabić, i ojej, jej dzielni przyjaciele uratowali ją i je pewnie też, czy one wiedziały, jak tu groźnie, niech tylko spojrzą na resztki tych pnączy. Ale nie chciało się jej już bawić w takie występy, mgła Morpheusa więc była doskonałym pomysłem.
- Och, Blackowie nie będą zadowoleni - stwierdziła z pewną satysfakcją, gdy cofnęła się o krok, po upewnieniu, że nic nikogo nie zeżre i omal nie wpadła na jeden z różanych krzaków. Sięgnęła ku uschniętemu kwiatowi, a zbrązowiałe płatki posypały się pod jej dotykiem. Dlaczego ją to cieszyło? Bo zawsze czyści Blackowie patrzyli na nią krzywo, co było zupełnie oczywiste. Ale przez to i ona patrzyła na nich krzywo, co też było oczywiste. Przyszła tutaj nie po to, by życzyć szczęścia młodej parze, a pokazać się w absolutnie wspaniałej, czarnej sukni i podenerwować kilka osób, głównie swoją matkę. I jedyne czego żałowała, to że zanim zaczęło ją teleportować po całej posiadłości, nie zdążyła więcej wypić. Czuła się wręcz oburzająco trzeźwa. - No cóż, to było bardzo ciekawe wesele. Blackowie zapraszający cyrkowców, to bardzo niespodziewana atrakcja. Do tego bójka na parkiecie, kapibary pod nogami gości, ciekawe skąd się wzięły, młoda Malfoyówna przyprowadziła sobie z Nokturnu Mckinnonównę, kto wie czy nie prosto z Kościanego Zamtuzu. Postępowo tutaj, a Jessie dopiero co zastanawiał się, czy w naszym świecie też będą kiedyś parady równości... hm, może to one dodały czegoś do tych drinków, wzorem wujka? - zastanowiła się na głos, przypominając sobie jak to pan Mckinnon poił ludzi amortencją. Tak, Charlotte łatwo ulegała stereotypom. Tak, była okropną osobą. I czasem hipokrytką. - I jestem prawie pewna, że Eden Lestrange nie przyszła ze swoim mężem. Kiedyś nie wypadało rak obnosić się z romansami... Do tego mordercze kwiatki, ciekawe, co przegapiłam? Macie ochotę wracać na salę czy może pójdziemy napić się gdzieś indziej? Jestem skandalicznie trzeźwa. Ale przynajmniej mam olejek - oświadczyła i zamachała tym bardzo drogim, francuskim olejkiem, którego nie puściła przez całe starcie z kwiatami.
A potem odwróciła się, gotowa odejść. W zależności od decyzji teleportując się do własnego mieszkania albo z nimi. W wersję, że zechcą wrócić, nie do końca dowierzała - Morpheus nie wydawał się bawić najlepiej na świecie, co pewnie miało dużo wspólnego z wróżbitą, i zdawał się mieć ochotę raczej na pogrzeb niż jakieś tam wesele. Jeśli on nie będzie chciał wrócić na salę, to i nie zrobi tego Anthony, jak nie Anthony, to i nie Jonathan...
Jeśli szło o Charlotte, szklarnia Blacków mogła spłonąć, podobnie jak cały ogród. I niewiele ją obchodziło, że ktoś mógłby się poparzyć.
Stała tutaj dalej, z różdżką w ręku, bo nie chciała, żeby spłonęły te trzy osoby obok. Ze wszystkich gości zgromadzonych w tej posiadłości tylko ich byłoby Charlotte faktycznie żal.
- Tak, wyjdziemy, a to coś cię zadusi, a my westchnienie, że szkoda, oczywiście, bo tak to działa - stwierdziła z niezadowoleniem, nie ruszając się ani o centymetr, gdy Anthony wygasił ogień, a Jonathan wparował do środka. Za kimś innym to właśnie tak by westchnęła, ale za nim płakałby Jessie.
Odwróciła głowę na moment, słysząc echa czyjejeś rozmowy: nie żeby nie poradzili sobie w razie złapania, Charlotte wybuchłaby płaczem i zaczęła opowiadać, zgodnie z prawdą zresztą, że Blackowie wyhodowali tutaj mordercze rośliny, które próbowały ją zabić, i ojej, jej dzielni przyjaciele uratowali ją i je pewnie też, czy one wiedziały, jak tu groźnie, niech tylko spojrzą na resztki tych pnączy. Ale nie chciało się jej już bawić w takie występy, mgła Morpheusa więc była doskonałym pomysłem.
- Och, Blackowie nie będą zadowoleni - stwierdziła z pewną satysfakcją, gdy cofnęła się o krok, po upewnieniu, że nic nikogo nie zeżre i omal nie wpadła na jeden z różanych krzaków. Sięgnęła ku uschniętemu kwiatowi, a zbrązowiałe płatki posypały się pod jej dotykiem. Dlaczego ją to cieszyło? Bo zawsze czyści Blackowie patrzyli na nią krzywo, co było zupełnie oczywiste. Ale przez to i ona patrzyła na nich krzywo, co też było oczywiste. Przyszła tutaj nie po to, by życzyć szczęścia młodej parze, a pokazać się w absolutnie wspaniałej, czarnej sukni i podenerwować kilka osób, głównie swoją matkę. I jedyne czego żałowała, to że zanim zaczęło ją teleportować po całej posiadłości, nie zdążyła więcej wypić. Czuła się wręcz oburzająco trzeźwa. - No cóż, to było bardzo ciekawe wesele. Blackowie zapraszający cyrkowców, to bardzo niespodziewana atrakcja. Do tego bójka na parkiecie, kapibary pod nogami gości, ciekawe skąd się wzięły, młoda Malfoyówna przyprowadziła sobie z Nokturnu Mckinnonównę, kto wie czy nie prosto z Kościanego Zamtuzu. Postępowo tutaj, a Jessie dopiero co zastanawiał się, czy w naszym świecie też będą kiedyś parady równości... hm, może to one dodały czegoś do tych drinków, wzorem wujka? - zastanowiła się na głos, przypominając sobie jak to pan Mckinnon poił ludzi amortencją. Tak, Charlotte łatwo ulegała stereotypom. Tak, była okropną osobą. I czasem hipokrytką. - I jestem prawie pewna, że Eden Lestrange nie przyszła ze swoim mężem. Kiedyś nie wypadało rak obnosić się z romansami... Do tego mordercze kwiatki, ciekawe, co przegapiłam? Macie ochotę wracać na salę czy może pójdziemy napić się gdzieś indziej? Jestem skandalicznie trzeźwa. Ale przynajmniej mam olejek - oświadczyła i zamachała tym bardzo drogim, francuskim olejkiem, którego nie puściła przez całe starcie z kwiatami.
A potem odwróciła się, gotowa odejść. W zależności od decyzji teleportując się do własnego mieszkania albo z nimi. W wersję, że zechcą wrócić, nie do końca dowierzała - Morpheus nie wydawał się bawić najlepiej na świecie, co pewnie miało dużo wspólnego z wróżbitą, i zdawał się mieć ochotę raczej na pogrzeb niż jakieś tam wesele. Jeśli on nie będzie chciał wrócić na salę, to i nie zrobi tego Anthony, jak nie Anthony, to i nie Jonathan...