Aryaman Birla
Odebrał wartościowe krążki od Marcusa i przeszedł bardzo powoli, lawirując w stronę Anthony'ego. Stanął gdzieś w kącie, nie dotarłszy do swojego celu przed przemową Angès, a nie chciał robić niepotrzebnego zamętu. Kolejne słowa, im dalej padały, tym bardziej unosiły brwi Birli w górę, prawie jakby miały odlecieć z jego czołowa, wzniesione zadziwieniem. To nie była reakcja Birli. To była reakcja Morpheusa Longbottoma, który znał Alexandra Mulcibera, bo z nim pracuje, od lat. Widział ogłoszenie w prasie na temat fundacji, ale zbył je, sądząc, że Mulciberowie po prostu potrzebowali jakiejś działalności, aby kręcić lody na oszustwach podatkowych; klasyczne przestępstwa białych kołnierzyków, a papier wszystko przyjmie.
Wyciąganie jednak Alexandra na afisz, ćpuna, nawet jeżeli Morpheus wiedział, mógł się domyślać, skąd się to bierze, nie winił go za nałogi, zakrawało o jakąś farsę. Wielcy Mulciberowie, którzy z hukiem opuścili Ministerstwo Magii gdy ministrem został Leach, nagle postanawiają zostać charytatywnymi obrońcami uciśnionych mugolaków?
Rozpoczęły się oklaski, do których niechętnie dołączył, wiotkimi nadgarstkami, ze skonfundowaną miną. Tak właściwie to pasowało do Birli i komentarzy, które prawił przy pani Urlett, z miną niezrozumienia. W aplauzie (bogowie, czy to Robert? Udawał, że nie patrzy w tamtą stronę, że nie widzi, biedna Lorien, chyba na starość mu zaczęło brakować piątej klepki albo za dużo się nawdychał oparów podczas kręcenia kutasoświeczek) przeszedł do swojego celu, Eden Lestrange i Anthony'ego Shafiq'a.
— Tutaj pani Lestrange coś wspomina o działalności charytatywnej, tutaj państwo Mulciberowie. Czy to normalne zaburzać naturalny porządek świata? U nas pozwalamy, aby śmieci wyrzucały się same — stwierdził szeptem do dwójki, nie kryjąc się jednak ze swoimi poglądami aż tak mocno. To znaczy, z poglądami Birli.
Wyciągnął w stronę Eden chusteczkę.
— Och, czy wezwać medyka? — powiedział tonem fałszywego przejęcia się jej stanem.