30.07.2024, 13:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 13:42 przez Dægberht Flint.)
Dægberht wysłuchał go spokojnie, powtarzając w myślach jego słowa. Zawsze do usług? Jakich usług? Usług przejmowania po nim upierdliwych klątw? Za największą wadę posiadania córki uznał właśnie, że kiedyś mogłaby zakochać się w takim wioskowym głupku i wtedy nie tylko bliscy by wiedzieli o jego durnocie, ale i Flintowie musieliby się z nim bliżej zapoznać. Mężczyzna przekręcił głowę w bok, pozwalając kilku niesfornym kosmykom wydostać się z upięcia i opaść mu na twarz, w zadziwiająco estetyczny sposób. Zdecydowanie należał do osób urodziwych, o eterycznej aparycji, ale w tym, w jaki sposób spoglądał na O'Dwyera wybrzmiewała jakaś zadziorność. Gdyby był wiłą, byłby wiłą ciskającą płomieniami z zaciśniętych pięści, a języki ognia odbijałyby się w tych wielkich błyszczących oczach niosących w sobie tajemnice zza siedmiu mórz.
- Życie nie przyzwyczaiło cię do powściągliwości - zauważył i od razu powiedział, nie decydując się na przemilczenie tego faktu, bo milczenie do O'Dwyera nie pasowało zupełnie. Flint trzymał go na dystans, całkiem trafnie oceniając go jako chodzące kłopoty. Otwartość względem innych ludzi nie była mu oczywiście obca - miał wielu przyjaciół i jednał sobie wszystkich tam, gdzie postawił nogę, zachowanie tego jegomościa nie zaraziło go jednak - stał w miejscu, bo wirująca energia nie wzruszyła go wcale - nie opuszczała go czujność, ta zaś czyniła zachowanie Leo alarmującym. Flint zatrzymał się, a tym samym zatrzymał ich - odmówił wycieczki uliczkoznawczej. - Żaden z ciebie kot, Leo O'Dwyerze, to jedynie maska, jaką przyjąłeś, aby skąpać swoje oblicze w blasku. Blasku, którym otula twoje jestestwo Matka, jaką to obraziłeś właśnie, przyrównując ją do wymyślonych, mugolskich bogów. Niegodne to czarodzieja stojącego tu wpół kroku przed końcem znanego nam świata. Oby Pani Księżyca ulitowała się nad twoją duszą, zamiast na napitek wydaj te pieniądze na wstawiennictwo w kowenie Whitecroft, póki nie jest za późno. - Wsunął rękę do kieszeni płaszcza i wyciągnął swój portfel. Faktycznie posiadał tam wizytówkę z adresem londyńskiego kowenu, którą wręczył mu spokojnie. - Proszę. Ty tryskasz psią energią. Koty chodzą swoimi ścieżkami i muszą poczuć się przy kimś bezpiecznie, aby się do niego zbliżyć. Są w tym interesowne. Ty jesteś psem. Samcem. - Odwrócił się w połowie, ale po chwili znów na niego spojrzał, z miną jakby sobie o czymś przypomniał. - Muszę iść, zanim ktoś ukradnie mi walizki. - Skinął głową, trochę jakby sam do siebie. - I jak coś, to nie jestem dziewczyną - dodał nagle, pewnie i zdecydowanie, najwyraźniej mówił to innym częściej, niż by chciał. Zaproszenie na drinka uznał za flirt. Nie mógł go odwzajemnić z oczywistych przyczyn - nie tak ten świat stworzono.
- Życie nie przyzwyczaiło cię do powściągliwości - zauważył i od razu powiedział, nie decydując się na przemilczenie tego faktu, bo milczenie do O'Dwyera nie pasowało zupełnie. Flint trzymał go na dystans, całkiem trafnie oceniając go jako chodzące kłopoty. Otwartość względem innych ludzi nie była mu oczywiście obca - miał wielu przyjaciół i jednał sobie wszystkich tam, gdzie postawił nogę, zachowanie tego jegomościa nie zaraziło go jednak - stał w miejscu, bo wirująca energia nie wzruszyła go wcale - nie opuszczała go czujność, ta zaś czyniła zachowanie Leo alarmującym. Flint zatrzymał się, a tym samym zatrzymał ich - odmówił wycieczki uliczkoznawczej. - Żaden z ciebie kot, Leo O'Dwyerze, to jedynie maska, jaką przyjąłeś, aby skąpać swoje oblicze w blasku. Blasku, którym otula twoje jestestwo Matka, jaką to obraziłeś właśnie, przyrównując ją do wymyślonych, mugolskich bogów. Niegodne to czarodzieja stojącego tu wpół kroku przed końcem znanego nam świata. Oby Pani Księżyca ulitowała się nad twoją duszą, zamiast na napitek wydaj te pieniądze na wstawiennictwo w kowenie Whitecroft, póki nie jest za późno. - Wsunął rękę do kieszeni płaszcza i wyciągnął swój portfel. Faktycznie posiadał tam wizytówkę z adresem londyńskiego kowenu, którą wręczył mu spokojnie. - Proszę. Ty tryskasz psią energią. Koty chodzą swoimi ścieżkami i muszą poczuć się przy kimś bezpiecznie, aby się do niego zbliżyć. Są w tym interesowne. Ty jesteś psem. Samcem. - Odwrócił się w połowie, ale po chwili znów na niego spojrzał, z miną jakby sobie o czymś przypomniał. - Muszę iść, zanim ktoś ukradnie mi walizki. - Skinął głową, trochę jakby sam do siebie. - I jak coś, to nie jestem dziewczyną - dodał nagle, pewnie i zdecydowanie, najwyraźniej mówił to innym częściej, niż by chciał. Zaproszenie na drinka uznał za flirt. Nie mógł go odwzajemnić z oczywistych przyczyn - nie tak ten świat stworzono.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr