30.07.2024, 14:51 ✶
Florence dobiegła do Basiliusa, zadyszana, bo jej forma fizyczna pozostawała w gruncie rzeczy na poziomie zbliżonym do tej kuzyna, a nie miała nawet choroby na usprawiedliwienie. Pantofle, na szczęście płaskie, grzęzły w błocie, które sama stworzyła, miękka trawa, nagle wybujała ponad miarę w kręgu, muskała kostki i łydki. Bulstrode przesunęła wzrokiem po kuzynie, oddychając z ulgą, gdy przekonała się, że żył - ale aż za dobrze wiedziała, że to nie oznacza braku żadnych obrażeń wewnętrznych.
Była jednak pewna, że cokolwiek mu dolega, magia wystarczy, aby go ogarnąć.
- Mogłeś na nią nie wsiadać - odparła jednak, mimo całego zmartwienia, przyklękając u jego boku. Już samo to, że to zrobiła, świadczyło o ogromie jej kuzynowskiej miłości, ponieważ brudziła sobie przy okazji spódnicę ziemią. Znów uniosła różdżkę, szepcąc zaklęcie, szukając wewnętrznych krwawień czy obić - na szczęście chyba jedynym, co go spotkało, był ten wybity lub wywichnięty bark oraz guz na czole. - Doprawdy, jeden mój kuzyn kończy w Mungu pobity, drugi daje się wciągnąć pod ziemię i spada z miotły, brat bije najpierw Notta publicznie, a potem znów bije się na weselu o jakąś Moody z młodym Rosierem, boję się, co teraz wymyśli Orion - powiedziała. Raczej chyba z pewnym zmęczeniem niż prawdziwą irytacją: miała wrażenie, że nieszczęścia ostatnio chodziły nie parami, a całym stadem i tą swoją chmarą opadały jej rodzinę. Dlaczego oni wszyscy wciąż szukali kłopotów?
Trawa, która ich otaczała, wyczarowana zaklęciem, znów zaczęła się zmniejszać, błoto powoli się zestawała, ale brud i tak pozostał na ich ubraniach.
– Obawiam się, Basiliusie, że będziesz potrzebował dodatkowego dnia wolnego. Czy mam to nastawić teraz, czy teleportować cię i podać najpierw eliksir przeciwbólowy? – spytała. Pomoc medyczna była na miejscu, ale gdy wybiegła za nim, swoją nieodłączną niemalże torbę ze specyfikami pozostawiła w salonie. Mogła nastawić wybity bark, ale to miało okropnie boleć, a potem i tak przyjdzie jej przecież zaserwować mu jakąś miksturę.
Była jednak pewna, że cokolwiek mu dolega, magia wystarczy, aby go ogarnąć.
- Mogłeś na nią nie wsiadać - odparła jednak, mimo całego zmartwienia, przyklękając u jego boku. Już samo to, że to zrobiła, świadczyło o ogromie jej kuzynowskiej miłości, ponieważ brudziła sobie przy okazji spódnicę ziemią. Znów uniosła różdżkę, szepcąc zaklęcie, szukając wewnętrznych krwawień czy obić - na szczęście chyba jedynym, co go spotkało, był ten wybity lub wywichnięty bark oraz guz na czole. - Doprawdy, jeden mój kuzyn kończy w Mungu pobity, drugi daje się wciągnąć pod ziemię i spada z miotły, brat bije najpierw Notta publicznie, a potem znów bije się na weselu o jakąś Moody z młodym Rosierem, boję się, co teraz wymyśli Orion - powiedziała. Raczej chyba z pewnym zmęczeniem niż prawdziwą irytacją: miała wrażenie, że nieszczęścia ostatnio chodziły nie parami, a całym stadem i tą swoją chmarą opadały jej rodzinę. Dlaczego oni wszyscy wciąż szukali kłopotów?
Trawa, która ich otaczała, wyczarowana zaklęciem, znów zaczęła się zmniejszać, błoto powoli się zestawała, ale brud i tak pozostał na ich ubraniach.
– Obawiam się, Basiliusie, że będziesz potrzebował dodatkowego dnia wolnego. Czy mam to nastawić teraz, czy teleportować cię i podać najpierw eliksir przeciwbólowy? – spytała. Pomoc medyczna była na miejscu, ale gdy wybiegła za nim, swoją nieodłączną niemalże torbę ze specyfikami pozostawiła w salonie. Mogła nastawić wybity bark, ale to miało okropnie boleć, a potem i tak przyjdzie jej przecież zaserwować mu jakąś miksturę.