To nie miało być badanie mające sprawić ból, czy dyskomfort. Lestrange bardzo się starała, by Sauriel poczuł jej ingerencję jak najmniej i dotykała go z ledwością, nie chcąc przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy czy czegoś. Że był nie w sosie – było widoczne, chociaż nie potrafiła powiedzieć co dokładnie było nie tak, bo część tej nocy spędzili razem, najpierw na szlajaniu się, potem na uciekaniu, potem u niej, nim Sauriel zabrał się do swoich zajęć i raczej nie kładł się spać, bo przecież nie musiał. Miała nadzieję, że nie zrobiła nic nie tak, że nie przekroczyła żadnej granicy, nie powiedziała znowu czegoś, co kazało by mu się wycofać. I jednocześnie nie chciała pytać co się stało, bo jeszcze gotów zamknąć się w sobie… nie umiała go wyczuć. Może dlatego, że Sauriel czasami jedno myślał, drugie mówił, a trzecie robił.
Pacneła go absolutnie delikatnie w bok głowy za to “mleko” i pokręciła głową w zasadzie całkowicie nie zrażona ani nie rozczarowana tym głupim tekstem, tak bardzo świńskim i pasującym do Rookwooda. Właściwie to niczego innego się nie spodziewała, chyba nawet trochę właśnie tego po nim oczekiwała – ależ to się potrafi zmienić pomiędzy ludźmi, gdy się poznają i zaakceptują to, jacy są.
– Okej… znaczy nie okej, to może być dziwna reakcja składników, skutek uboczny, albo po prostu faktycznie uczulenie. Nie pamiętasz, żebyś tak na coś reagował? Może się tego dopiero nabawiłeś – paplała, w zasadzie to powtarzając poniekąd część tego, co sam przetentegował w głowie. – Całe ciało cię boli? Czy tylko tu, gdzie dotykam? – to też chciała wiedzieć, bo uważała to za istotne. Nie chciała, żeby go coś bolało i absolutnie nie chciała go kroić, tego nie było na talerzu ani nawet w karcie dań. Musiał wystarczyć szczegółowy wywiad.
Odsunęła się, robiąc mu trochę miejsca i zaraz ściągnęła też swoją różdżkę ucha, łapiąc ją w dłoń, chcąc mieć w pogotowiu, gdyby coś poszło nie tak. Nie była przy tym tak pesymistycznie nastawiona jak Sauriel; wierzyła, być może za ich oboje, tak zresztą jak kiedyś mu obiecała, a on jej dziękował, że ma tę nadzieję za niego. Czy wykorzystywała na to swoje ostatnie chwile? Może. Ale jeśli to faktycznie miały być ostatnie chwile, to chciała je spędzić na swoich zasadach, a robiąc coś dla osoby, która tak mocno wryła się w serce, nie było przecież złym scenariuszem? Chciała żyć, oczywiście, że tak. Tylko jakie miała opcje? To wszyscy było tak zagmatwane, tak niepewne… a opinię eksperta tylko jedną. Dlatego za kilka dni miała się udać do Egiptu, chcąc potwierdzić, albo zaprzeczyć tej teorii… albo dowiedzieć się czegokolwiek. Tymczasem jednak mocno, trochę może nawet nerwowo ściskała różdżkę, gdy Sauriel chyba z frustracją wystawił nie jeden palec, a całą dłoń na słońce. W tym czasie Victoria wstrzymała oddech, modląc się w duchu do Matki, by nic mu się nie stało, by wszystko było dobrze.
Proszęproszęproszę.
Ale nic się nie stało.
Nie było żadnego swędu palonego ciała, nie było ogni liżących dłoń Sauriela, który wyglądał na zaskoczonego i z pewną fascynacją oglądał własną dłoń, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. A potem cały wlazł na słonce ten pierwszy raz odkąd siłą zabrano mu to, co miał najpiękniejszego.
W pierwszej chwili Victoria po prostu stała, wpatrzona w niego, procesując to, co właśnie działo się na ich oczach, chłonąc to, że ten eliksir był prawdziwy i jak najbardziej MOŻLIWY do wykonania. Może nie był idealny, ale cud się już zadział. W drugiej chwili powoli wypuściła powietrze przez usta i zwolniła ścisk na różdżce, chowając ją do kieszeni. Dawała mu czas, by oswoił się z sytuacją na własny sposób. Ten pierwszy kontakt ze słońcem od… ilu właściwie lat? Trzech? Pięciu? A potem powoli zbliżyła się do Sauriela i położyła mu dłoń, swoją zimną, na ramieniu i stanęła obok niego w tym słońcu.
– Nie ma rzeczy niemożliwych – szepnęła, nie śmiąc podnieść głosu. – Poprawię formułę…