30.07.2024, 19:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 20:40 przez Anthony Shafiq.)
Ruszam po pomoc lekarską dla Eden, zgarniam pod ścianę/w kierunku balkonu Basiliusa i Lorien
Nie miał pojęcia co opętało Agnes, zastanawiał się jak krótką pamięć, nie! to nawet nie o pamięć chodziło, a o obecny stan rzeczy w którym ćpun, półcygan, skandalista, głowa rodziny, która sama wypisała się z wysokich sfer i skazała na biedowanie, przemawiał na oficjalnym przyjęciu śmietanki towarzyskiej o swojej pożal się bogowie fundacji, ewidentnie pralni brudnych pieniędzy. Żeby jeszcze ów szczytny cel pokrywał się jakkolwiek z przekonaniami dla których pozbawili się wszystkiego tych kilka lat temu. Żeby jeszcze zbierał na małe osierocone kotki. Z niedowierzaniem obserwował zebranych, doceniając lata praktyki politycznej, w której zdarzało się słuchać większych głupot na przyjęciach. Chociaż to zdecydowanie tworzyło nową skalę.
U nas jak widać nie mają zamiaru się sprzątać same. Wręcz przeciwnie, pchają się ku górze – odpowiedział Morpheusowi, choć nie dawał słowom wybrzmieć w przestrzeni między nimi. Popatrzył na krztuszącą się Eden, mając w pamięci ślub Blacków i maskaradę, która chyba nawet znalazła odbicie w artykule w Czarownicy. Maskaradę w której Alexander udawał Williama, podając się za męża Lestrange. Nie znał zażyłości między nimi, nie oceniał tego wtedy, w końcu sam bawił się w takie zabawy, daleko nie szukając, dzisiejszy wieczór stanowił na to doskonały przykład. Robił to jednak z osobami, którym ufał i które były jego przyjaciółmi. A to oznaczało, że należało być ostrożnym. Kruchy lód.
Tymczasem reakcja Lorien wskazywała również na jej dyskomfort. Ona, obok Richarda i jego synów byli jedynymi Mulciberami z którymi utrzymywał jakikolwiek kontakt. Wiedział, że kobieta nie potrzebuje jego litości, ale to właśnie to uczucie zacisnęło jego serce i przede wszystkim sprawiło, że ostentacyjnie nie opuścił sali jeszcze przed przemową kolegi z pracy Longbottoma. Jak to było? W Departamencie Tajemnic nie istniała emerytura. Ludzie stamtąd jechali wprost do Lecznicy Dusz, albo na własny pogrzeb. Albo nawet nie. Czasami wpadali za zasłonę i nie można było ich nawet pochować. Los nie był sprawiedliwy.
Obok przyjaciółki dostrzegł swojego lekarza rodzinnego i momentalnie podjął decyzję.
– Eden? Co się dzieje? Proszę, wesprzyj się o Aryamana i spróbuj uspokoić oddech, może wyjdźcie na balkon, tam jest chłodniej, łatwiej oddychać. Już idę po lekarza – poinformował ją z pozorną troską i ruszył przez tłum do obu Prewettów.
– Pilnie potrzebujemy pomocy, pani Lestrange ma chyba atak astmy, albo jakiejś magicznej alergii – poinformował w pełni powagi Basiliusa wskazując krztuszącą się Eden, a zaraz potem przekierował całą uwagę na Lorien, którą zgarnął opiekuńczym skrzydłem i też pociągnął w tył, do ściany gdzie wcześniej pełnił dyżur, lub na balkon jeśli Eden i Morpheus zdecydowali się wyjść.
–W skali od zera do dziesięciu jak jest źle moja przyjaciółko?– zapytał szeptem, pochylony ku niej, od razu przechodząc na włoski.
U nas jak widać nie mają zamiaru się sprzątać same. Wręcz przeciwnie, pchają się ku górze – odpowiedział Morpheusowi, choć nie dawał słowom wybrzmieć w przestrzeni między nimi. Popatrzył na krztuszącą się Eden, mając w pamięci ślub Blacków i maskaradę, która chyba nawet znalazła odbicie w artykule w Czarownicy. Maskaradę w której Alexander udawał Williama, podając się za męża Lestrange. Nie znał zażyłości między nimi, nie oceniał tego wtedy, w końcu sam bawił się w takie zabawy, daleko nie szukając, dzisiejszy wieczór stanowił na to doskonały przykład. Robił to jednak z osobami, którym ufał i które były jego przyjaciółmi. A to oznaczało, że należało być ostrożnym. Kruchy lód.
Tymczasem reakcja Lorien wskazywała również na jej dyskomfort. Ona, obok Richarda i jego synów byli jedynymi Mulciberami z którymi utrzymywał jakikolwiek kontakt. Wiedział, że kobieta nie potrzebuje jego litości, ale to właśnie to uczucie zacisnęło jego serce i przede wszystkim sprawiło, że ostentacyjnie nie opuścił sali jeszcze przed przemową kolegi z pracy Longbottoma. Jak to było? W Departamencie Tajemnic nie istniała emerytura. Ludzie stamtąd jechali wprost do Lecznicy Dusz, albo na własny pogrzeb. Albo nawet nie. Czasami wpadali za zasłonę i nie można było ich nawet pochować. Los nie był sprawiedliwy.
Obok przyjaciółki dostrzegł swojego lekarza rodzinnego i momentalnie podjął decyzję.
– Eden? Co się dzieje? Proszę, wesprzyj się o Aryamana i spróbuj uspokoić oddech, może wyjdźcie na balkon, tam jest chłodniej, łatwiej oddychać. Już idę po lekarza – poinformował ją z pozorną troską i ruszył przez tłum do obu Prewettów.
– Pilnie potrzebujemy pomocy, pani Lestrange ma chyba atak astmy, albo jakiejś magicznej alergii – poinformował w pełni powagi Basiliusa wskazując krztuszącą się Eden, a zaraz potem przekierował całą uwagę na Lorien, którą zgarnął opiekuńczym skrzydłem i też pociągnął w tył, do ściany gdzie wcześniej pełnił dyżur, lub na balkon jeśli Eden i Morpheus zdecydowali się wyjść.
–W skali od zera do dziesięciu jak jest źle moja przyjaciółko?– zapytał szeptem, pochylony ku niej, od razu przechodząc na włoski.