30.07.2024, 22:17 ✶
aktualnie podpieram ścianę z Anthony'm, oddałam Basiliusa w ręce Eden i czekam na przemówienie Alexandra.
Każdy człowiek w życiu potrzebował swojej małej, bezpiecznej przestrzeni. Basilius Prewett miał to nieszczęście, że przestrzeń Lorien pokrywała się z jego przestrzenią. Plus minus jakieś dwa metry. Dlatego w każdej chwili, gdy czuła, że sobie z emocjami może po prostu nie poradzić, szukała towarzystwa kuzyna. Lepsza sroka w garści niż... coś tam coś tam. Jak kogoś będącego całkiem literalnie ptakiem niekoniecznie pamiętała za wiele ornitologicznych przysłów.
Nie wiedziała już czy się śmiać czy płakać, gdy Prewett nie utrzymał języka za zębami. Ale hej, rozbawił ją. Naprawdę rozbawił.
- To brzmi jak dobre pytanie od publiczności.- Wydukała w odpowiedzi do Basiliusa siląc się na słaby uśmiech. Zawsze dobra mina do złej gry. Nawet kiedy przegrywasz nawet sznurówki z butów.- Dziesięć galeonów, że go o to nie zapytasz.- Dodała jeszcze, kiwając głową na propozycję alkoholu. Musiała się napić. Wznieść toast za Alexandra Mulcibera.
Widząc krztuszącą się blondynkę, natychmiast puściła jednak Basiliusa. Jasny sygnał, żeby się nią natychmiast zajął. Ona miała się przecież całkiem dobrze. Mogła tu postać sama, choć… Najwyraźniej nie było jej to dane.
Była jak w letargu, po części zbyt skupiona na Agnes, by w ogóle zareagować na to, że jest gdzieś zabrana. Cała ta zapowiedź odbijała się echem w jej głowie jak paskudna mantra. Dlatego w pierwszej chwili nawet nie zwróciła uwagi kto ją odciągnął kawałek dalej od centrum wydarzeń. Od tłumów, który mogłyby się im w tym momencie przyglądać. Dopiero pytanie zadane w języku, który miał jej przynieść odrobinę komfortu i większą prywatność, ściągnęło uwagę czarownicy z powrotem na ziemię.
- A jak myślisz?!- Prychnęła cicho po włosku, na bogom ducha winnego Anthony’ego. Zreflektowała się dokładnie w tej samej sekundzie, gdy ostatnie słowo opuściło jej usta.. Nie był niczemu winien. I faktycznie tutaj był. Przy niej. Spojrzała na przyjaciela przepraszająco i samo to spojrzenie musiało mu wystarczyć, bo krótkie “Chiedo scusa” utkwiło jej w gardle. Westchnęła za to niemal bezgłośnie, kręcąc bardzo powoli głową. Bywało gorzej. Z pewnością bywało też w jej życiu lepiej, ale nie tego dotyczyło pytanie.
W takich chwilach wychodziły lata pracy w Ministerstwie. Ból, na który sobie przez ten ułamek sekundy pozwoliła, zniknął, zakorkowany bardzo głęboko razem z poniżeniem i złością. Wyprostowała się w tych swoich szpilkach jak (dość krótka) struna z twarzą skierowaną ku centrum sali - ich gospodyni, Alexandrze, który prawdopodobnie zaraz pogrzebie resztki ich honoru. Pieprzony magirasizm. Co następne? Adoptuj własnego mugolaczka?
Zacisnęła dłonie przed sobą w wyuczonym geście i tylko Shafiq mógł dostrzec jak kobieta nerwowo dłubie paznokciami przy pierścionku, który nosiła na palcu wskazującym. Wyjątkowo dobrze znanym mu drobiazgu, którego czarownica zdawała się nie ściągać z lewej dłoni od niemal ośmiu lat.
- E per favore, non andare.- Wymamrotała. Nie odchodź. Na wszelki wypadek. Jakby… Jakby co? Jakby miała się niczym dama w opałach osunąć w jego objęcia? Albo co gorsza na wypadek, gdyby emocje w jakiś sposób striggerowały przemianę, a Prewett był zajęty ratowaniem życia pani Lestrange?- Nie patrz na mnie.- Dodała już po angielsku. Nienawidziła, kiedy ją obserwowano w takich chwilach - kompletnie bezbronna, osądzana pewnie przez wszystkich za nie swoje winy.