Zegar tykał, minuty mijały. Czas upływał wolno, albo szybko. Koncentrując się, uspokajając, z zamkniętymi oczami masując skronie, słyszał ruch w tym domu. Na schodach. Nikt się nie wyjebał. Usłyszał pukanie we framugę. Uchylił powieki słysząc słowa młodszego syna. Opuścił jedną rękę, aby skierować poważne dość spojrzenie w jego kierunku.
- Charles. Jest niedziela. Nie rozniesiesz dzisiaj podań o pracę. Mówiłem ci wczoraj, że zrobisz to w poniedziałek. Zajmij miejsce przy stole.Zwrócił się do syna na tyle spokojnie, na ile w obecnej chwili pozwalał mu stan psychiczno-nerwowy. Jego słowa brzmiały jako polecenie, nie zaś prośba.
Doceniał poświęcenie syna, który wziął sobie ostrzeżenia i groźby do serca, wziął się od razu do pracy. Widać to było po tym, jak starannie i dokładnie przygotował swój życiorys. W paru nielicznych miejscach, Richard wskazał mu zdania do poprawy. Nie spodziewał się jednak tego, że chłopak postanowi już teraz udać się na poszukiwanie pracy, kiedy w ten jeden dzień tygodnia, większość usług, poza mundurowymi i szpitalem, nie funkcjonowały. W mugolskich dzielnicach nie ma mowy, aby tam szukał pracy. Więc lepiej jakby został dzisiaj w domu. Zajęcie dla niego się znajdzie.
Przyglądając się chłopakowi, nie tylko się ubrał odpowiednio, ale i wyglądał na przemęczonego. Także nie spał w nocy? Trudno.