31.07.2024, 12:49 ✶
- Bark wybity. Kostka stłuczona. Guz na czole. Brak wstrząśnienia mózgu. Stłuczony łokieć - wyliczyła Florence w odpowiedzi na słowa Basiliusa, nie ciągnąc kłótni względem tego, kto mógł bardziej uważać: byli oboje tak uparci, że gdyby zaczęli, mógłby zastać ich tutaj zmrok, a Prewett potrzebował pilnej pomocy medycznej. - To naprawdę istotne? - spytała, już swoim zwykłym tonem. Gdy upewniła się, że z obrażeniami kuzyna poradzi sobie w ciągu paru minut, a po paru godzinach będzie jak nowy, niepokój zaczął powoli opadać, i zarówno głos, jak i wyraz twarzy znów stały się takie, jak zwykle. - Nie jestem pewna. Nie znam Moody'ch poza Alastorem i Harper Moody. Ciemnowłosa, niska.
Tylko tyle zdołała zaobserwować, spoglądając na tajemniczą dziewczynę w brzoskwiniowym, gdy wybuchła bójka. Nie znałaby jej nazwiska, gdyby Atreus później go nie wymienił - cały we łzach, uskarżając się, że to wszystko sprawka amortencji, ale Florence skupiona na oględzinach obrażeń Basiliusa, jakoś zapomniała o tym szczególe wspomnieć.
- Nawet tak nie żartuj, Basiliusie - napomniała go. Wiedziała, że to żart, że pewnie chciał rozładować atmosferę, że próbował śmiać się sam z siebie: to nie tak, że Florence w ogóle nie miała poczucia humoru, bo miała, specyficzne po prostu i w tej chwili, gdy leżał tutaj, z bólu bledszy niż zwykle, ubrudzony, ze stłuczonym czołem, nie umiała poczuć choćby odrobiny rozbawienia na dowcipy o kolejnych obrażeniach. – Accio różdżka Basiliusa.
Uniosła dłoń, rzucając zaklęcie: różdżka, leżąca kilka metrów dalej, którą pewnie wypuścił upadając, podfrunęła do jej ręki. A potem wyraz Florence złagodniał. Nie chciała jego przeprosin, nie chciała, żeby czuł się winny. Chciałaby, żeby był bezpieczny.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Basiliusie. Nie jesteś już w wieku, w którym odmraża się uszy wyłącznie na złość mamie – odparła jednak, tonem tym samym co wcześniej, nawet jeżeli spojrzenie miała teraz znacznie bardziej łagodne. Rozejrzała się jeszcze, upewniając, że żaden mugol nie dostrzegł, jak mężczyzna spada z nieba, i że nikt nie zobaczy teraz, jak rozpłyną się w powietrzu. – Resztę dnia spędzisz siedząc w fotelu na tarasie. Doceń, że nie odsyłam cię do łóżka – zakomenderowała i dotknęła jego zdrowej ręki. Zacisnęła palce mocno na nadgarstku, zanim teleportowała ich oboje przed dom.
Tylko tyle zdołała zaobserwować, spoglądając na tajemniczą dziewczynę w brzoskwiniowym, gdy wybuchła bójka. Nie znałaby jej nazwiska, gdyby Atreus później go nie wymienił - cały we łzach, uskarżając się, że to wszystko sprawka amortencji, ale Florence skupiona na oględzinach obrażeń Basiliusa, jakoś zapomniała o tym szczególe wspomnieć.
- Nawet tak nie żartuj, Basiliusie - napomniała go. Wiedziała, że to żart, że pewnie chciał rozładować atmosferę, że próbował śmiać się sam z siebie: to nie tak, że Florence w ogóle nie miała poczucia humoru, bo miała, specyficzne po prostu i w tej chwili, gdy leżał tutaj, z bólu bledszy niż zwykle, ubrudzony, ze stłuczonym czołem, nie umiała poczuć choćby odrobiny rozbawienia na dowcipy o kolejnych obrażeniach. – Accio różdżka Basiliusa.
Uniosła dłoń, rzucając zaklęcie: różdżka, leżąca kilka metrów dalej, którą pewnie wypuścił upadając, podfrunęła do jej ręki. A potem wyraz Florence złagodniał. Nie chciała jego przeprosin, nie chciała, żeby czuł się winny. Chciałaby, żeby był bezpieczny.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Basiliusie. Nie jesteś już w wieku, w którym odmraża się uszy wyłącznie na złość mamie – odparła jednak, tonem tym samym co wcześniej, nawet jeżeli spojrzenie miała teraz znacznie bardziej łagodne. Rozejrzała się jeszcze, upewniając, że żaden mugol nie dostrzegł, jak mężczyzna spada z nieba, i że nikt nie zobaczy teraz, jak rozpłyną się w powietrzu. – Resztę dnia spędzisz siedząc w fotelu na tarasie. Doceń, że nie odsyłam cię do łóżka – zakomenderowała i dotknęła jego zdrowej ręki. Zacisnęła palce mocno na nadgarstku, zanim teleportowała ich oboje przed dom.