01.08.2024, 00:25 ✶
Degenhardt chciałby uczynić z tego widowisko godne podziwu. Był stale głodny cudzej uwagi, ale tej uwagi nie można było zdobywać czymkolwiek - żeby przyniosło mu to prawdziwą satysfakcję, swoim pierwszym i największym fanem musiał być on sam, cudze uznanie i ciekawość nie wystarczały - masy zachwycały się czymkolwiek, co wyrywało ludzi z okowów codzienności i związanej z nią nudy. On nie chciał tworzyć czegokolwiek - w jego dziełach wybrzmiewać miał geniusz. Z tej śmierci nie dało się wykrzesać geniuszu i musiał przyznać samemu sobie, że powoli zaczynał rozumieć problem. To była sprawa zbyt prywatna, w dodatku usunął z tego świata kogoś, kogo śmierci spodziewał się absolutnie każdy. Nie posiadało to tragizmu ani żadnego poziomu trudności, po pomieszczeniu nie poniósł się nawet piekący w nozdrza smród czarnej magii.
To nie była jego porażka, po prostu... to przestało mu wystarczać. Potrzebował więcej, na tej drodze nie dało się zwolnić ani zatrzymać - ta ciemność chciała pożreć go w całości i ściągała go w tym kierunku pewnymi ruchami swoich oślizgłych rąk. Ten głód właśnie stał się myślą, jaką spróbował zaszczepić w kilku nutach, jakie zagrały mu w głowie. Niedosyt... tak, wieczny niedosyt. Głód, jakiego nie dało się powstrzymać. Rozczarowanie kiedy wreszcie spróbujesz czegoś, a to okazuje się niewystarczające. O tym nigdy nie pisał.
Rodolphus przerywający mu tok myślenia, przy którym nucił układającą się w głowie melodię, został przez niego przyrównany do irytującej, brzęczącej muchy. Dopiero po chwili patrzenia na zwłoki, do Szweda w ogóle dotarło, co Lestrange do niego mówi - wtedy właśnie niemrawo skinął głową, bo co go obchodziły jakieś listy? Jemu samemu niczym już nie można było zaszkodzić, każdy inny interesował go tak jak zeszłoroczny śnieg. Degenhardt odsunął się na krok, odpalając przy tym papierosa - ostatecznie i tak pomieszczenie, w którym się znajdowali, zacznie cuchnąć spalenizną. Nie potrzebował do tego ani grama niegodziwych czarów. Kiedy Lestrange skończył go przeszukiwać, niewiele myśląc, zabrał się do pracy zapowiedzianej wcześniej, to jest... wyciągnął z kieszeni gwoździe i wyłożył je na blacie, a następnie wykształtował sobie młotek, a może raczej (patrząc na kształt) pobijak. Nie zamierzał opuścić tego mieszkania, aż ten nie zawiśnie krzyżem na ścianie - potrzebowal dać jemu podobnym jasny sygnał o swojej obecności na Ścieżkach i zamierzał uczynić to z przytupem.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że wyglądasz na jebniętego? - Zapytał, zanim Lestrange oddalił się razem z kopertą. - Uśmiechać się w takiej sytuacji, jak jakiś psychopata... - I faktycznie, uderzając pobijakiem w gwoździa, Degenhardt, jak na poczciwego czarodzieja przystało, zachował grobową minę.
To nie była jego porażka, po prostu... to przestało mu wystarczać. Potrzebował więcej, na tej drodze nie dało się zwolnić ani zatrzymać - ta ciemność chciała pożreć go w całości i ściągała go w tym kierunku pewnymi ruchami swoich oślizgłych rąk. Ten głód właśnie stał się myślą, jaką spróbował zaszczepić w kilku nutach, jakie zagrały mu w głowie. Niedosyt... tak, wieczny niedosyt. Głód, jakiego nie dało się powstrzymać. Rozczarowanie kiedy wreszcie spróbujesz czegoś, a to okazuje się niewystarczające. O tym nigdy nie pisał.
Rodolphus przerywający mu tok myślenia, przy którym nucił układającą się w głowie melodię, został przez niego przyrównany do irytującej, brzęczącej muchy. Dopiero po chwili patrzenia na zwłoki, do Szweda w ogóle dotarło, co Lestrange do niego mówi - wtedy właśnie niemrawo skinął głową, bo co go obchodziły jakieś listy? Jemu samemu niczym już nie można było zaszkodzić, każdy inny interesował go tak jak zeszłoroczny śnieg. Degenhardt odsunął się na krok, odpalając przy tym papierosa - ostatecznie i tak pomieszczenie, w którym się znajdowali, zacznie cuchnąć spalenizną. Nie potrzebował do tego ani grama niegodziwych czarów. Kiedy Lestrange skończył go przeszukiwać, niewiele myśląc, zabrał się do pracy zapowiedzianej wcześniej, to jest... wyciągnął z kieszeni gwoździe i wyłożył je na blacie, a następnie wykształtował sobie młotek, a może raczej (patrząc na kształt) pobijak. Nie zamierzał opuścić tego mieszkania, aż ten nie zawiśnie krzyżem na ścianie - potrzebowal dać jemu podobnym jasny sygnał o swojej obecności na Ścieżkach i zamierzał uczynić to z przytupem.
- Mówił ci ktoś kiedyś, że wyglądasz na jebniętego? - Zapytał, zanim Lestrange oddalił się razem z kopertą. - Uśmiechać się w takiej sytuacji, jak jakiś psychopata... - I faktycznie, uderzając pobijakiem w gwoździa, Degenhardt, jak na poczciwego czarodzieja przystało, zachował grobową minę.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me