01.08.2024, 04:32 ✶
- Nie no, na moje całkiem dobrze ci idzie z zaklęciami, więc kto wie. Może to jakieś twoje alter ego - parsknął. Faktycznie daleko było mu do oskarżania jej, a słowa pobrzmiewały wesoło, sugerując raczej droczenie się i żarty. Przestał być o to zły, a może też zwyczajnie zrozumiał że Brenna nie poruszyłaby nieba i ziemi, splatając aberracje teleportacyjne na skalę całego kraju, tylko po to by spędzić z nim te pięć minut więcej. Chociaż gdzieś w środeczku, te jego najbardziej próżne aspekty, bardzo dobrze karmiły się takim scenariuszem.
Doskonale wiedzieli co robili, tak samo ona proponując to spotkanie, a on zaproszenie przyjmując, ale nie zmieniało to tego, że pomimo stawiania powolnych kroczków w swoim kierunku, nie mogli się zdecydować na te większe i o wiele bardziej zdecydowane. Jakby cały świat miał się zawalić, gdyby okazało się, że było one niepoprawne. Atreus zwyczajnie lubił wygrywać, a ostatni jego związek, nawet jeśli stworzony na zakładzie i przez zrządzenie losu, według niego był dość obiecującym przedsięwzięciem. Ale przegrał i wbrew tego, co niektórzy mogliby pomyśleć, trochę go to ruszyło, nawet jeśli większość rozgoryczenia i żalu była przykryta tym, jak intensywnie początkowo oddziaływała magia Beltane. Był zmęczony tym co się w jego życiu działo i wbrew pozorom, wcale nie chciał przegrać w karty i serca Brenny. Szczególnie, że zdawał sobie sprawę, jak jego sympatia do niej, nastawała na najważniejsze w jego życiu relacje pora rodziną. Anthony miał złamane serce. Doskonale pamiętał słowa Louvaina z początku czerwca, kiedy ten naśmiewał się z Borgina właśnie za jego podchody do Longbottom. Stanley nie był już na obrazku, ale nie musiał być by Atreus wiedział, co ten by o tym myślał.
Każdy krok w jej stronę oddalał go od tego, co tak dobrze znał do tej pory.
- Cóż, przynajmniej to nie były wampiry i nie próbowały nas w nocy wyzerować. Pragnę też zauważyć, że na mnie też wtedy padało, więc może zwyczajnie złapałaś się w obszar swojej własnej klątwy, bo byłaś za blisko - jakby na potwierdzenie swoich słów, przyciągnął ją do siebie odrobinę bliżej, a kąciki ust drgnęły w zadziornym uśmiechu. - Kuzyn? Który to, bo chyba nie Laurent? - może i Basilius mu się żalił, jakie to dla niego straszne były te niektóre daty, ale chyba niekoniecznie wspominał przy tym Brennę z imienia i nazwiska. A może Atreus zwyczajnie o tym teraz nie pamiętał. - Cóż, na całe szczęście, ktoś tutaj dzisiaj nie oferuje amortencji, więc Millie musi się niestety obejść smakiem. Chociaż wygląda tak ponuro i smętnie, że pewnie nawet by jej taka bójka nie rozbawiła - rzucił, odrobinę złośliwie, na koniec jednak wzruszając ramionami bo barwy otaczające Moody nie świadczyły o niczym przyjemnym ale też interesującym. Depresja połykała ją w całości, ale przynajmniej teraz otaczające ją kolory nie były rozmyte przez leki, które w nią ładowali.
On sam też nigdy nie spodziewał się, że mógł polubić dziewczynę pokroju Brenny. Był doskonale świadomy tego, jak pusto mogło to brzmieć, ale Longbottom zwyczajnie była inna. Inna, niże wszystkie te dziewczyny, z którymi się spotykał na poważnie czy też nie. Najbliżej jej było chyba do Maeve, ale to najprędzej przez chaotyczny rodzaj energii, jaki dookoła siebie roztaczały. Nie wpisywała się w jakiś ustalony kanon kobiecości, nie zachowywała się wyniośle i absolutnie nie wyglądała na kogoś, kogo trzeba było ratować z opresji. Bawiło go to nawet, nieco też intrygowało.
Doskonale wiedzieli co robili, tak samo ona proponując to spotkanie, a on zaproszenie przyjmując, ale nie zmieniało to tego, że pomimo stawiania powolnych kroczków w swoim kierunku, nie mogli się zdecydować na te większe i o wiele bardziej zdecydowane. Jakby cały świat miał się zawalić, gdyby okazało się, że było one niepoprawne. Atreus zwyczajnie lubił wygrywać, a ostatni jego związek, nawet jeśli stworzony na zakładzie i przez zrządzenie losu, według niego był dość obiecującym przedsięwzięciem. Ale przegrał i wbrew tego, co niektórzy mogliby pomyśleć, trochę go to ruszyło, nawet jeśli większość rozgoryczenia i żalu była przykryta tym, jak intensywnie początkowo oddziaływała magia Beltane. Był zmęczony tym co się w jego życiu działo i wbrew pozorom, wcale nie chciał przegrać w karty i serca Brenny. Szczególnie, że zdawał sobie sprawę, jak jego sympatia do niej, nastawała na najważniejsze w jego życiu relacje pora rodziną. Anthony miał złamane serce. Doskonale pamiętał słowa Louvaina z początku czerwca, kiedy ten naśmiewał się z Borgina właśnie za jego podchody do Longbottom. Stanley nie był już na obrazku, ale nie musiał być by Atreus wiedział, co ten by o tym myślał.
Każdy krok w jej stronę oddalał go od tego, co tak dobrze znał do tej pory.
- Cóż, przynajmniej to nie były wampiry i nie próbowały nas w nocy wyzerować. Pragnę też zauważyć, że na mnie też wtedy padało, więc może zwyczajnie złapałaś się w obszar swojej własnej klątwy, bo byłaś za blisko - jakby na potwierdzenie swoich słów, przyciągnął ją do siebie odrobinę bliżej, a kąciki ust drgnęły w zadziornym uśmiechu. - Kuzyn? Który to, bo chyba nie Laurent? - może i Basilius mu się żalił, jakie to dla niego straszne były te niektóre daty, ale chyba niekoniecznie wspominał przy tym Brennę z imienia i nazwiska. A może Atreus zwyczajnie o tym teraz nie pamiętał. - Cóż, na całe szczęście, ktoś tutaj dzisiaj nie oferuje amortencji, więc Millie musi się niestety obejść smakiem. Chociaż wygląda tak ponuro i smętnie, że pewnie nawet by jej taka bójka nie rozbawiła - rzucił, odrobinę złośliwie, na koniec jednak wzruszając ramionami bo barwy otaczające Moody nie świadczyły o niczym przyjemnym ale też interesującym. Depresja połykała ją w całości, ale przynajmniej teraz otaczające ją kolory nie były rozmyte przez leki, które w nią ładowali.
On sam też nigdy nie spodziewał się, że mógł polubić dziewczynę pokroju Brenny. Był doskonale świadomy tego, jak pusto mogło to brzmieć, ale Longbottom zwyczajnie była inna. Inna, niże wszystkie te dziewczyny, z którymi się spotykał na poważnie czy też nie. Najbliżej jej było chyba do Maeve, ale to najprędzej przez chaotyczny rodzaj energii, jaki dookoła siebie roztaczały. Nie wpisywała się w jakiś ustalony kanon kobiecości, nie zachowywała się wyniośle i absolutnie nie wyglądała na kogoś, kogo trzeba było ratować z opresji. Bawiło go to nawet, nieco też intrygowało.