Nie potrzebował w tej chwili jakiejś litości od własnego dziecka, czy też wsparcia. Charles jednak słusznie zauważył, że Richard nie spał w nocy. Dokładniej mówiąc, całej nocy. Od samego rana był nerwowy, wkurwiony, wszystko go drażniło. Starał się jednak swoje nerwy ograniczyć. Jakoś nad nimi panować. Czy może też doskwierał mu ból głowy? Bardzo możliwe. W końcu karafka w gabinecie stała pusta.
Rzucenie teczki na stół rozdrażniło go bardziej, że zamknął na moment oczy, masując skroń dalej. Słyszał, jak odsuwane jest krzesło. Otworzył oczy i spojrzał na Charlesa, kiedy poczuł jego dotyk na swoim ramieniu. Potem znów przed siebie. Nie skomentował żadnego ze słów młodszego syna. Nie potrzebował żadnych cholernych świec aby go usypiały.
Gdy Charles przesunął krzesło blisko niego, oparł głowę, irytacja w Richardzie rosła. Jak wskaźnik ciśnienia.
- Zaczniesz od jutra. Nie będę się powtarzał.Odpowiedział ostrzejszym tonem. Posłał mu spojrzenie nieznoszące sprzeciwu. Na dzisiaj miał dla niego zajęcia. Niedziela, niby dzień wolny, ale nie do końca. Nie dla dzieciaków.
- Usiądź normalnie przy stole.
Wydał kolejne polecenie. A wtedy do pomieszczenia wszedł Leonard. Richard zlustrował go krytycznie. Przy czym spojrzał na zegarek. Jeszcze miał czas. Powrócił uwagą na starszego syna.
- Masz pięć minut, aby wrócić tutaj ubrany jak na porządnego członka rodziny przystało.
Zwrócił uwagę Leonardowi, że nie życzy sobie aby w piżamie siadał do stołu, dnia dzisiejszego i w kolejnych. Skoro nie miał dzisiaj żadnej pracy w szpitalu, czy porannej zmiany, niech dostosuje się odpowiednio do panujących tutaj zasad. Jeżeli zacznie mu pyskować, wyrzuci go w tej piżamie za drzwi kamienicy. Richard nie wyglądał dzisiaj na takiego, co by żartował.