• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
02.08.2024, 06:08  ✶  
Take me to your dark places
Below the paint your secret faces
Together we'll inter the bones
Clandestine shutters overthrown

Nie tylko świat magii miał to do siebie, że podawał odpowiedzi i rozwiązania, nim zostało zadanie pytanie i wypowiedziane słowa zagadki. Złudnie. Tak wiele rzeczy działo się, by później człowiek zachodził w głowę, zastanawiając się - dlaczego? Z jakiego powodu? Czym sobie na to zasłużyłem? Nadzwyczaj mądry osobnik natychmiast przypominał sobie, że nie wszystko miało cel, nie wszystko miało konkretny powód, nie wszystko służyło "czemuś". Trudno było to wyobrazić sobie rzemieślnikowi, bo jak mogło istnieć narzędzie, które nie ma przewidzianego zastosowania? Czy wciąż nim jest, jeżeli go nie posiada? Czy stanie się nim, jeżeli mu się je nada? Nie, pewne rzeczy były banalnie proste. Narzędzie było narzędziem, bo zostało stworzone jako narzędzie. Kwestia uznania tego za rzeczywistość należała do problemów personalnych, ale nijak miała się do świata, który przecież górował nad każdą jednostką. Chcąc czy nie - byliśmy wszyscy niewolnikami jego zasad.

Wąż i ćma. Wąż, którego nikt nie rozpoznawał jako węża i ćma, która nigdy nie rozumiała dlaczego jest ćmą. Ani zewnętrzna, ani wewnętrza opinia nie zmieniały tego, że wąż był wężem, a ćma ćmą. Od początku do końca. I od tego początku należało uważnie przyglądać się zwierzęciu, by samemu znaleźć cechy, które udowadniały nam i tylko nam, że tak - świat miał rację. I właśnie zyskał kolejnego sprzymierzeńca w tej opinii. Tak jakby go potrzebował, tak jakby to miało jakieś znaczenie. Pytania i zagadki były snute od pierwszego oddechu, od pierwszego mrugnięcia i wydanego dźwięku.

Dzieciaki uwielbiały pytać o zwierzę totemiczne, a później szukać cech, które miałyby uzasadnić taką, a nie inną odpowiedź. Absurdalne jak niewiele znaczące istoty potrafiły czuć w sobie prawo, do zaprzeczenia... Prawdzie. Prawdzie, którą jedni nazywali "wolą Boga", a jeszcze inni "ślepym Losem". Esmé do dziś pamiętał to specyficzne uczucie skonfundowania, gdy okazało się, że jego zwierzęciem jest motyl nocny. Jakkolwiek był ekstrawagancki i niecodzienny, tak zadał sobie bardzo normalne i typowe pytanie - dlaczego? Odpowiedzi szukał do dzisiaj.

Oh, zabrzmiało jakby miał ją znaleźć, ale Prawda była inna - znalazł ją dawno temu. Znajdował ją na nowo, regularnie, potwierdzając raz za razem nie tezę, a Prawdę. Innymi słowami, innymi argumentami, ale zawsze z tym samym wnioskiem. Tak, był tą ćmą. I szukał dalej, bo był też tym dzieckiem o absurdalnie wielkim ego, które czuło w sobie prawo do rzeczy, będących tak oczywiście ponad nim. Znający zamiłowanie Rowle do tego, co prawdziwe wyczuliby tutaj hipokryzję, gdy raz za razem poszukiwał nowych odpowiedzi. Ale czy wątpił w to, co udowadniał? Skądże. Wiedział, że jest tą ćmą tylko... dlaczego? Tak wiele razy potrafił podać coś innego, co ostatecznie i tak uzasadniało Prawdę, obierając jej stronę i poddając to wszystko tak różnemu, a jednak zupełnie identycznemu pytaniu - dlaczego? Czy był skazany na bycie ćmą i cokolwiek w życiu by uczynił, to nią pozostawał? Czy może korzystał z tej fascynującej ludzkiej cechy, która potrafiła dopasować wszystko do wszystkiego, jeżeli ubrać to w odpowiednią narrację? Czy nowe odpowiedzi wynikały z Prawdy, czy z Fałszu?

Gdyby tylko Esmé był wystarczająco błyskotliwy, by zrozumieć, że jego odpowiedzi nigdy nie miały znaczenia, bo nigdy nimi nie były. Jedną wielką odpowiedzią było jego życie, które przecież wciąż trwało. Jego dowody na Prawdę istniały tam, gdzie ich nie widział i nie szukał. Tam, gdzie nie sięgał jego umysł. Bo Prawda była ponad rozum, ponad uczucia, ponad wszystko to, co ludzkie. I wszystko co ludzkie, było jej obce.

"Jestem ciekaw". Jakże wspaniale, że nie była to wielka zagadka, bo Laurent nie uczynił niej z tego. Sam prosił się o nakrycie go na tym kłamstwie, ujmując Esmé szansę, by ten popisał się własną błyskotliwością. Nawet jeżeli do niektórych spraw niedostateczną. Taka szansa byłaby prawdziwą zmorą dla osobnika, który co jakiś czas miewał jednak rację, udowadniając samemu sobie, że... Prawda była czasem wewnątrz niego. Wystarczyło dobrze poszukać. Brzmiało niewinnie, ale w rękach tego człowieka, tego marnego, nic nieznaczącego rzemieślnika było bardzo, bardzo groźną... groźnym, groźnym narzędziem.

Nie jedynym. Nie był w tym przypadku wyjątkowy ani trochę, bo każdy miał w sobie narzędzia lub całe machiny, które potrafiły być nadzwyczaj groźne. Afekcja Laurenta była w końcu jednym z nich. Ale o tym Esmé dopiero się przekonywał.

Kilka nut było jednym z dowodów. Nic się nie zmieniło, gdy Prewett coś zanucił. A przynajmniej nic w tej pracowni, nic na stałe. Nie, to też było Fałszem. Zmieniła się drobna myśl w głowie Rowle - poczucie bezpieczeństwa. I to nie tak, że teraz obawiał się o siebie, że martwił się o cokolwiek związanego ze swoim dobrobytem. Nie. Uświadomił sobie, że przecież jego Perełka, gdyby tylko chciała, to mogłaby... wiele. To było oczywiste, każdy mógł, ale nie o to tutaj chodziło. Nie o oczywistość, bo oczywistym wydawało się, że jeżeli czegoś naprawdę, ale to naprawdę pragniesz, to cena nie gra roli. Prawda uzasadniała słuszność pragnienia. Dobre czy złe - nieistotne. Prawdziwe. Szczere. Wartość nad wartościami dla samego kaletnika. A jednak Laurent bardzo uważał na cenę. Tak, jakby nie był w stanie jej zapłacić. Całkiem zabawne, bo sekretem było to, że każdy był w stanie. Każdego było stać. Wystarczyło odpowiednio mocno pragnąć.

- Marzenia? - zadał pytanie tonem opustoszałym z emocji. Bogu... Laurentowi dzięki za kapelusz, który ukrywał spojrzenie raz za razem zatrzymujące się nieco za długo na wiszącej w powietrzu nodze kroczącego po jego pracowni Kłamstwu. Nie chciał, by ktokolwiek widział go takim, jakim był teraz - zafascynowany Fałszem w tak prymitywny, wręcz obrzydliwy sposób. A może jednak trochę piękny. Ideały - każdy je posiadał i każdy głosił, że są nadzwyczaj ważne, ale na człowieka, który zatracił się w ideałach patrzono wzrokiem pełnym rozczarowania, a na tego, który zatracił się dla ideału przyobleczonego w fizyczną formę - wręcz z pogardą. - W tej pracowni nie spełnia się marzeń. - rzucił wreszcie uwalniając się z własnego więzienia własnych ludzkich, męskich pragnień. Podniósł wzrok nieco wyżej, może nieco wyżej niż "nieco", bo aż na twarz kobiecej wersji jego... kogo? Odpowiedź na to pytanie miała dopiero nadejść. Ale jeszcze nie teraz. - Tutaj spełnia się jedynie wymagania. - najprawdziwsza Prawda. Klienci, którzy czasami łechtali jego ego słowami "spełnienie moich marzeń" w reakcji na produkt końcowy jego rzemiosła mogli tak uważać. Mogła to być Prawda, którą przecież Rowle ubóstwiał. A jednak dla niego to nie były marzenia, a wymagania, które za odpowiednią opłatą mógł spełnić. - Słyszałem kiedyś teorię, jakoby spełnianie marzeń było paradoksalnie szkodliwe dla człowieka. Marzenia potrafiły tworzyć ludzi, ale mało kto zdawał sobie sprawę, że również ich niszczyły. Tym bardziej te spełnione. Istniała ku temu cała gama argumentów, które wierzę, że potrafisz sam wymyślić. - bo wierzył, ale też nie zamierzał wchodzić w rozległy monolog, mający na celu potwierdzenie tezy, w która sama go do końca nie przekonywała. Bo nigdy nie była dla niego istotna.
- Całe szczęście. - odparł po tym, jak zaskakująco, bardziej dla niego samego, prychnął rozbawiony. - Całe szczęście prawie ideał. Prawie. - słychać było jakby powoli odpływał z kolejnym słowem, można było nawet wyczuć swoiste rozmiłowanie w jego głosie. - Niewiele jest piękniejszych kombinacji dwóch słów, niż "prawie ideał", prawda? - mówił jakby z innego wymiaru, chociaż ostatnie pytanie, pozornie retoryczne, brzmiało bardzo, jak na tego osobnika, żywo. Aktywnie. Jakby to nie była jedna z tych ulotnych wypowiedzi wypuszczanych przez niego niczym bańki mydlane. Po to, aby wypuścić i bez znaczenia jak skończą. Liczył się proces. Ta wypowiedź wydawała się być... tak, jak ta perła, która została rzucona i właśnie wędrowała ku błotu, jeżeli jej nie pochwycisz w dłonie.

Brak świateł, brak precyzyjnej wiedzy nie tylko służył kwitnięciu fałszu, dopowiedzenia sobie rzeczy, które czasem były naiwnie nieprawdziwe. Brak świateł służył też temu, by zawierzyć się Losowi, by z nim zagrać, a na końcu... zaskoczyć się Prawdą. By odkryć, że skóra węża jest rzeczywiście nią, tak jak mówił ten tym dziwniejszy dziwak, bo zdziwaczały w tak młodym wieku. I wcale nie była skórą morskiego smoka, jak mógłby przecież skłamać, bo miał ku temu możliwości, narzędzia i doświadczenie. Miał ku temu władzę tutaj, w swoim małym królestwie. Prawda była też ukryta w milczeniu - w rzeczach, o których Rowle nie mówił, a które okazywały się ważnym atutem. Pasek z węża miał klamrę wykonaną ze srebra, a nie ze stali, zaś grawer był zdecydowanie bardziej szczegółowy, niżeli wydawało się w tym półmroku. Pewne wartości dostrzegało się dopiero wtedy, gdy opuszczono pracownie, gdy poddano je próbie w świecie poza nią. Czasami dopiero wtedy klient rozumiał swój zakup i cenę, jaką zapłacił.

Zaśmiał się cichutko, szczerze rozbawiony odpowiedzią. Nie drwił z Laurenta, w żadnym wypadku, po prostu miłym było dostrzec w nim tak znajomą naiwność. Zgadzał się jednak z jego słowami, przynajmniej tymi dalszymi - tak, miedź wcale nie musiała być gorsza od złota. Wszystko zależało od potrzeb, od wymagań... właśnie, wymagań, nie marzeń. Handlujący miedzią za złoto również podsuwał pomysł, że potrzebuje jej bardziej. Wszystko było logiczne i nie potrafił w tym momencie, tak charakterystycznie dla siebie, wyrazić zupełnie kontradyktoryjne zdanie. Prewett wcale nie musiał tracić na tej transakcji, bo wartość złota i miedzi wyznaczało zapotrzebowanie. Nic więcej.

- Jeden do jednego. Kilogram miedzi, za kilogram złota. - odparł wciąż lekko rozbawiony. Mogło się wydawać, że jednak, mimo wszystko, nie zgodził się z nawiedzającą jego pracownię "marą", ale ta odpowiedź była właśnie przyznaniem jej racji. Rzadko to robił, rzadko zgadzał się z kimś w tak prosty sposób, gdy jeszcze przed chwilą wydawało się, że miał zupełnie odmienne spojrzenie. Poniekąd wynikało to z jego charakteru, czyli tego jak przekazywał swoje myśli, ale poniekąd z tego, że rzadko rzeczywiście ktoś go tak szybko przekonał. W tym momencie należały się oklaski dla Laurenta. Ale skromne, bo w "przekonaniu się" do jego słów sam Esmé zagrał istotną rolę, poprzez błyskawiczne dojrzewanie do pewnych spostrzeżeń.

Melancholijny uśmiech Prewetta wyglądał tak świeżo w tej kobiecej oprawce, nawet jeżeli fałszywej. Kaletnik przyłapywał siebie na przyjemności jaką odczuwał z obserwacji tak znanego mu człowieka w tak nieznanej mu odsłonie. Czyżby zachwycał się Fałszem? Niech biją wszystkie dzwony w alarm, albowiem nadchodzi początek końca, wypatrujcie smoka o siedmiu głowach, siedmiu rogach i dziesięciu diademach. Koniec świata mógłby nadejść, gdyby Rowle świadomie, zgodnie z własnym przekonaniem, zachwycał się Fałszem. Słowa klucze. Ponownie - czy ćmą był, bo to udowadniał czy był nią niezależnie od czynów? Laurencie, mój drogi, czy byłeś zatem sobą dlatego, że udowadniałeś bycie sobą czy byłeś nim dlatego, że... byłeś nim? Tak, ta kobieca powłoka była jedynie kłamstwem, ale nie ona była teraz sednem. Rzemieślnik z umiłowaniem nie patrzył na to ciało dlatego, że było kobiece. Nie teraz, nie w tym momencie. Ten Fałsz stanowił element Prawdy, jaką był Prewett całą swoją osobą i mocą. Jego wizyta tutaj była Prawdą, którą pokazywał - o sobie, o własnej naturze. Jego pragnienia były Prawdą, jego strach przed ceną również. Chodzące Kłamstwo? Dobre sobie. Prawda ponad prawdami.

A jednak zadowolenie nie zawitało na twarzy Rowle, bo zaraz zostały wypowiedziane bardzo niebezpieczne słowa o miłości. Nieśpiesznie ściągnął z głowy ten komicznie wielki kapelusz, który ułożył zaraz na swoich kolanach. Czemu? Po to, by móc odchylić głowę do tyłu, by móc dostrzec twarz Laurenta, który znajdował się teraz za jego plecami, za fotelem. Obserwował go beznamiętnym spojrzeniem, mając równie nijaki wyraz twarzy. Patrzył i słuchał. Skupiony? Najpewniej, ale i to pozostawało mgliste. I to pozostawało ze znakiem zapytania na końcu.

Cisza.

Nie mrugał, nie odzywał się, a jedynie przyglądał blondynce, jakby... czekał. Coś w nim drgnęło, najpierw ledwo zauważalnie, ale nagle - niczym fala uderzeniowa, nastąpiły drobne zmiany. Kąciki ust uniosły się, a głowa opadła, by Esmé mógł nieśpiesznie podnieść się z fotela, odkładając kapelusz na stół.

Ambrozji należało zaznawać z umiarem? Gdyby tylko potrafił to wyczytać z jego umysłu, gdyby tylko miał w sobie garść emocji, które chciał odczuwać, to wybuchłby śmiechem. Jego zdanie było zupełnie inne. Chciałeś ambrozji? Pij. Pij ile chcesz. Pij do dna, chociaż miałaby cię zabić. Prawda tkwi w pragnieniach. Co z tego, że po ich zaspokojeniu mogły wydawać się durne? Co z tego, że mogły być destrukcyjne? Nic nie zmieniało faktu, że były prawdziwymi pragnieniami, które zmieniały się dopiero, gdy zostały zaspokojone. Przedawkowałeś? Ah, tak, teraz pragniesz życia. Ile jesteś w stanie zapłacić za to życie? Nie byłeś w stanie zapłacić umiaru. Głupie? Jakie miało to znaczenie, gdy dążyłeś za Prawdą? Jeżeli naprawdę tego pragnąłeś, to cena nie grała roli. Rzuć się w ogień tak, jak rzucała się ćma w swym pragnieniu bliskości z płomieniem. To było takie proste.

- Niszcząc harmonię tworzysz chaos. - czy dało się wypowiedzieć coś bardziej oczywistego? Pewnie tak, ale w tej wypowiedzi nie chodziło o harmonię ani chaos, a o proces, nierozłączny proces jak dwie strony jednej monety - kreacja i destrukcja. Westchnął lekko, pozbawiając siebie dziwnie pogodnego wyrazu twarzy. Nabierając nowego oddechu wyglądał już... jak zwykle. - Jesteś za młody i za piękny, by brzmieć na tak pokonanego. - jego spojrzenie się zwęziło, a głos nabrał wręcz karcącego tonu, chociaż - jak to u Rowle, było to wszystko bardzo stonowane. Mówimy w końcu o strzępkach emocji, o ich wspomnieniach, które wywoływane były mniej lub bardziej przypadkowo prawie wyłącznie przez Laurenta. - Ta myśl ma należeć do słabego człowieka? Zatem powiedz mi, czy rezygnując z nadziei czujesz się silniejszym, czy słabszym? - ileż razy słyszał, że czasem łatwiej było puścić, że łatwiej było przestać się łudzić, przestać liczyć na coś, bo przecież nie rozczarujesz się. Nie mając oczekiwań nie zostaniesz rozczarowany. Nie mając wymagań nie zostaniesz zawiedziony. Słaby człowiek zawsze wybierał wygodę. Czy to źle? Nie, ale nie zmieniało to faktu słabości. W końcu każdy miał swoje limity, każdy mógł cierpieć tylko tak wiele, nim wreszcie przestanie - albo niszcząc siebie doszczętnie, albo rezygnując z bólu. Albo osiągając swoje.
- Byłem świadom pokładów twej arogancji i narcyzmu, ale naprawdę masz tupet, by ze wszystkich osób na świecie akurat przede mną tak łatwo definiować Fałsz i Prawdę. - brakowało w tych słowach jakichś pretensji, zarzutów czy chociażby rozczarowania. Mówił bardzo spokojnie, zbliżając się powoli, aż w końcu dzielił ich tylko fotel. - To ciało jest Fałszem. - rzucił, przesuwając po nim kolejny raz oczyma. - I to ciało jest Prawdą. - dodał, wracając wzrokiem do przeraźliwie błękitnych oczu Prewetta. - Gdybym ułożył dłonie na tych piersiach, które wedle Prawdy są Fałszem, to czy poczułbyś mój dotyk prawdziwie czy fałszywie? I czy moje dłonie czułyby fałszywe ciepło twego ciała i fałszywy rytm twojego serca? - kolejne z pytań, na które nie dawał wystarczająco dużo czasu, by odpowiedzieć natychmiast. Oczywiście okazja nadchodziła później, ale teraz inicjatywę miał Rowle. Specyficzny jegomość miał to do siebie, że gdy już ją przejmował, to nie lubił jej oddawać dopóki nie skończył tego, co zamierzał. - Jeżeli chciałbyś mnie kiedyś zrozumieć, to zrozum moją pogoń za czystą Prawdą, która jak twój ukochany rycerz - nie istnieje. - pochylił się w jego kierunku, zbliżając ich twarze do siebie, a podczas tego ruchu jego usta powoli, nieśpiesznie wywijały się w uśmiech. Zadowolony, arogancki uśmiech. - Ale czy przestałem gonić? - i zastygł w tej pozycji, wlepiając swe ciemne oczy w te jakże kontrastujące jasnością oczy Laurenta. Oczy, które mimo fałszu jakim było ciało pozostawały prawdziwe. Fałsz czasem był jedynie marną kurtyną, która nijak próbowała ukryć kształty Prawdy. Kłamstwo kłamstwem, ale każdy wiedział co było pod nią.

Odsunął się, odwracając na pięcie. W ostatniej chwili, nim pokazał swe plecy, widać było że coś starło jego uśmieszek. Stał tak przez dłuższą chwilę, nie patrząc ani na Laurenta, ani na... cokolwiek. W końcu obrócił głowę, otworzył usta i... ktoś właśnie próbował wejść do środka. Mężczyzna, nieznajomy, potencjalny klient mający za nic plakietkę z napisem "zamknięte". Esmé rzadko bywał gwałtowny, dlatego tym dziwniejszym wydawał się jego błyskawiczny ruch ręką w stronę różdżki schowanej gdzieś pod ubraniami, a która zaraz się znalazła w jego dłoni, by ostatecznie zostać wycelowaną w drzwi. Drzwi, które na moment się otwarły, ale zaraz głośno trzasnęły, pchnięte niewidzialną siłą, wypychając nieproszonego gościa z jego królestwa. Mężczyzna aż zachwiał się, gdy drzwi nieomal złamały mu nos, a ostatecznie jedynie go boleśnie ubiły. Nieme zaklęcie natychmiast przekręciło również klucz w drzwiach, zamykając je na dobre, a zdezorientowany jegomość patrzył tępo przez chwilę na rzemieślnika, który jak statua tkwił w pozie z wycelowaną różdżką w drzwi. Heban błyskał w zagubionych promieniach światła, aż został ponownie ukryty pod ubraniami, gdy nieznajomy klnąc coś pod nosem, po którym zresztą się również masował, ruszył wzdłuż ulicy.

- Obiecałeś sobie, że się nie zakochasz? - odezwał się, jak gdyby nigdy nic, spoglądając kątem oka na kobietę-mężczyznę. - Nawet ja nie miałem w sobie tyle odwagi, by to sobie obiecać, a jestem produktem miłości tak mojej, jak i innych. - coś się zmieniło w atmosferze pomieszczenia, a może to po prostu kaletnik wyglądał i brzmiał teraz nieco... nieswojo? Jak gdyby Laurent widział właśnie coś, czego nie powinien widzieć. - Produktem, efektem ubocznym, dziełem sztuki. Dla każdego kimś i czymś innym. - kontynuował swoją opowieść, przechadzając się powoli w stronę drzwi, patrząc na świat poza jego pracownią. Każdą myśl urywał specjalnie, nie wchodząc w szczegóły, które na ten moment nie były istotne, a które mógłby rozwinąć, nawiązując do poprzednich wypowiedzi. Nie teraz. Nie tutaj tkwiło sedno. - Miłość za każdym razem przynosiła mi nic dobrego. Jak narkotyk, który na moment wydobywał euforię, by później okazało się, że zapożyczył ją z następnych kilku tygodni. Miesięcy. Lat. - znów się odwrócił, teraz opierając plecami o przeszklone drzwi, pozwalając sobie na bycie jedynie elementem świata zewnętrznego - nieruchomym człowiekiem pośród przechodniów. - Niczego nie boję się tak, jak miłości, Laurent. - stanowczość jego głosu była wręcz nieporównywalna z jakąkolwiek, jaką kiedykolwiek z siebie wydobył. - Pokazała mi czym jest prawdziwe szczęście, bym później wiedział jak smakuje gorycz jego braku. Jak smakuje pustka po nim. - jego spojrzenie było wlepione w Prewetta, nie mrugał, chociaż wcale nie wydawał się nieobecny. Wręcz przeciwnie - wydawał się teraz tak obecny, jak nigdy. Tak... przyziemny, prosty, oczywisty, jak nigdy dotąd. - Podobno to anioły upadają, ale w tym przypadku, to anioł uniósł upadłego boga, bo wiesz... strach to też uczucie. Ale zanim był strach, to w tej pustce pojawiły się inne emocje, znacznie łagodniejsze, ale także umiłowane. Jak wszystkie. W końcu bóg powinien kochać bez wyjątku, prawda? - kącik jego ust zadrżał. - Aż w końcu pojawił się strach. Kuszący i odpychający zarazem. Zbalansowany tak... słodko. Tak wyjątkowo. Tak perfekcyjnie, jakby i on, i jego źródło zostało stworzone na moje potrzeby. Na moje wymagania. - oparł głowę o szybę i zamknął oczy. - I nawet to zostało mi odebrane. Moja metoda, moja tajna broń przeciwko marazmowi, moje sanktuarium, w którym czułem tak miłość i trwogę, jak bezpieczeństwo. Wiesz do czego zmierzam? - otworzył oczy na powrót i uśmiechnął się nieznacznie. Zdecydowanie zachowywał się tak, jak nigdy dotąd. Coś było nie tak i Laurent musiał już podejrzewać, że tym "czymś" był jego dzisiejszy wybryk. - Miałeś mnie jak nikt inny, a zechciałeś mnie mieć jak każda. - i tutaj brakowało pretensji, żalu czy jakichkolwiek oskarżeń. Było to bardzo jałowe stwierdzenie, którego wydźwięk dało się wyczytać z sytuacji, a nie z tonacji czy ekspresji. Ponownie otworzył usta, mając zamiar kontynuować swoją przydługawą wypowiedź, ale... słowa ugrzęzły mu w gardle. Chyba pierwszy raz od... od kiedy? Nawet nie pamiętał. Zamknął usta. Pewne rzeczy lepiej jak pozostawały niewypowiedziane. Nie, to nie było w jego stylu. Nie mógł tego tak zostawić. - Kochałem cię miłością, jakiej mogłem zaufać, a teraz chciałbym kochać cię miłością, jaka przeraża mnie najbardziej. - jakże wielkie słowa. Jakie zaskakujące wyznanie - o ile było zaskakujące. O ile Laurent zdołał to wyczytać, chociaż Rowle podejrzewał, że nie, że wcale tego nie zrobił. Nie wyczuł, bo nie znał go innego, jakim był przy nim. Nie wiedział jak różnym człowiekiem potrafił być dla innych. Nie wiedział jak mało odczuwał w relacjach z innymi, nie wiedział jak wyjątkowa była to relacja dla samego kaletnika. Jedyna w swoim rodzaju. Unikatowa. Wprowadzał w jego życie tak wiele emocji, przy nim był tak obcą dla samego siebie wersją... samego siebie. Jak mógł go nie kochać za to? Kochał go tak, jak kochało się przyjaciela, jak kochało się brata. Wszystko dzięki tej prostej barierze wyglądu i świadomości. Czy to była gorsza miłość? Niech decydują inni, bo dla Esmé każda miłość, która wynosiła go chociaż o stopień z tej pustki, była najwspanialszym rodzajem miłości.
- Nie powinieneś tu przychodzić obleczony w kobiecość, Laurent. Cena nie zawsze jest oczywista.

Never be ashamed my love
All hearts are open graves
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa