Sophie nie wiedziała co mówi. W zasadzie to głosiła głupoty, które nie miały pokrycia z rzeczywistością, ponieważ Robert i Richard, wcale nie byli taci źli jak jej się mogło wydawać. Byli specyficzni - to fakt. Kto jednak nie było?
Dwójka bliźniaków miała jednak to do siebie, że lubiła konkretne działanie. Nie tolerowali przysłowiowych "ciepłych kluch". Każdy musiał chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Trochę taka stara szkoła wojskowości, gdzie nie było przebacz. Nie słuchałeś się - wylot na zbity pysk i tyle. Dla Stanleya było to jak najbardziej w porządku. W końcu całą swoją dotychczasową karierę spędził na wykonywaniu rozkazów swoich przełożonych. Ot, taki żywot funkcjonariuszy.
Z drugiej zaś strony, Azkaban, to nie były przelewki, a Borgin nie życzył tego nikomu. Nie życzył tego sobie, swoim wrogiem i nawet Brenna Longbottom mogła poczuć łaskę w tym momencie, wszak i jej by nie skazał na taką katorgę mimo całej kanonady przemiłych słów, które był gotów skierować w jej stronę. Oczywiście w sytuacji w której nie mogłaby zaprotestować, oddać mu albo - co gorsza - usiąść na przeciwko. To była najgorsza z możliwych kar. Bo o ile te "przemiłe" uśmieszki na korytarzu Ministerstwa, sprawiały, że musiał zapalić, tak wystawienie na promienie Brenny w dłuższym okresie, mogło mieć dramatyczny w skutkach wpływ na zdrowie Stanleya.
Ten wieczór nie był jednak przeznaczony na marudzenie na Longbottom. Było to oczywiście wielką szkodą. Nie samą Brenną jednak człowiek żył. Czasem musiał się też odchamić. Albo zostać zmuszonym do odchamienia. Albo po prostu trafić do szemranej knajpy po randce w ciemno z własną siostrą.
Papieros się tlił, czas mijał powoli, a młoda Mulciberówna postanowiła wygłosić swój manifest. Kim jednak był Borgin vel Mulciber, aby własnej siostrze odmówić? Zaciągnął się swoim nikotynowym przyjacielem i zamienił się w słuch. Miał już swoją wersję wydarzeń, ale może mogła go jakoś przekonać? Oczywiście w kwestii dobrze dobranych słów, które miałyby zmiękczyć jego serce.
- Sophie. Nie rób scen. Proszę. Jesteś dorosłą kobietą i takie rzeczy się zdarzają w życiu - starał się jej to jakoś wytłumaczyć - Człowiek się przewróci raz, drugi, ale musi wstać. Robert i Richard na pewno będą się martwić. Czy dadzą Ci jakąś reprymendę? - zapytał retorycznie, stukając papierosem o popielniczkę - Pewnie tak, ale tylko po to, abyś wyciągnęła z tego jakieś wnioski czy lekcję. Abyś mogła zaczerpnąć jakiegoś życiowego doświadczenia. Każdy się w końcu myli - dodał. Starał się mówić powoli i spokojnie, bo i tak już miała zszarganą psychikę. Gdyby jednak tyczyło się to kogoś innego, na przykład Anthony'ego, dostałby zjebę stulecia, że przejmuje się takimi głupotami, które nie mają najmniejsze sensu.
Sophie miała chyba inne plany. Ot, chociażby takie, które miały sprawić, że sobie popłacze. Yhh... Te baby. Robert ma czasami rację. Zgadzał się w myślach ze swoim ojcem. Z ich ojcem.
Nie czekając jednak na to, aż dojdzie do powodzi, wyciągnął bawełnianą chustkę, którą następnie jej podał, kładąc z boku stolika.
- Sophie. Musisz zrozumieć. Nie wstydzą się Ciebie. Jesteś ich oczkiem w głowie i dlatego się martwią. Gdyby im nie zależało na Tobie, to by się pewnie tam nie pojawili - kontynuował - Weź tę chustkę i przetrzyj sobie oczy. Im dłużej będziesz płakać, tym większa szansa, że będzie Cię bolała głowa - westchnął, bo nie to chciał osiągnąć - Wdech, wydech. Jeden, drugi, trzeci. Spróbuj. To naprawdę pomaga - zachęcał, bo czy zostało mu coś innego?
Czy Francis go zapisał? Nie. Francis akurat był bardzo w porządku. To jego inni znajomi - przyjaciele? - byli takimi śmieszkami. Na przykład taki Atreusek, którego już nie raz miał chęci udusic.
- Nie, Francis, nie. On jest akurat w porządku - zaciągnął się papierosem - Nie miałem tak naprawdę zamiaru niczego wygrywać. Całą nagrodę chciałem jej oddać. W tym wypadku, Tobie - wyjaśnił, odpowiadając na pytanie. Niestety mówił chyba trochę do siebie, bo młoda Mulciberówa była zajęta swoim dramatem. Odgrywała w nim wszystkie rolę pierwszo i drugoplanowe. Stanley był gdzieś tam tłem, które coś gadało, ale nie było najwidoczniej ważne. Cóż, tak też bywało.
- Sophie, naprawdę. Nic nie zepsułaś. Nie jesteś głupia - zapewniał - Jesteś młodą i czarującą dziewczyną. W końcu zaprezentowałaś się najlepiej i wygrałaś. To o czymś świadczy - przypomniał, gasząc papierosa. Cholernie szybko się spalił. Masakra
Niedługo było mu jednak dane na rozważanie nad papierosem czy dalszą próbą uspokojenia swojej siostry, ponieważ mieli towarzystwo. Słysząc kroki, a następnie nieznany sobie głos, podniósł wzrok, aby móc się przyjrzeć. A ty tu czego raszplo... Pytał w myślach, patrząc na nią spod byka.
Trwało to może z sekundę lub dwie. Stanley następnie się podniósł z siedzenia, prostując plecy, które strzeliły. Kobieta mogła dojrzeć, że ręką powędrowała na różdżkę w razie czego. Borgin złapał za jej trzonek, dalej wpatrując się w kobietę, a może wręcz jej duszę.
- Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. A już ma pewno nic, co mogłoby panią jakoś bardziej zainteresować - uśmiechnął się pod nosem - W innej części Nokturnu mówimy, aby nie wpierdalać się w nie swoje sprawy, bo wpadnie tutaj Czarny Kot czy wydarzą się inne kłopoty. Obiecuję, że nie będzie miło, a mogłoby być, gdyby tylko pani teraz odeszła - zakomunikował - Każdy kolejny krok w swoją stronę uznam za chęć zrobienia krzywdy mojej osobie czy co gorsza, mojej towarzysce - złapał za różdżkę, unosząc ją do góry, mrużąc przy tym oczy - Proponuję zatem się rozejść. Pani pójdzie w swoją stronę, a my w swoją. Dziewczynie nie dzieje się krzywda, ale wam się może stać, jeżeli nie zaakceptujecie mojej oferty - tłumaczył - I to nie tak, że to groźba, a ostrzeżenie i chwila czasu na namyślunek - dokończył, czekając na reakcje ze strony tamtej kobiety. Stanley nie żartował, a na usta już cisnęła mu się avada czy inny cruciatus, którego był takim fanem. Jeden fałszywy ruch ze strony klientów tego przybytku, a na pewno ten budynek pójdzie z dymem.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972