02.08.2024, 20:00 ✶
Tura do 06.08, godzina 20.
To luźna tura, na tańce/gadki/rzucanie kośćmi, w kolejnej (prawdopodobnie ostatniej przed przeniesieniem się na świt, czyli tak koło 5 rano) poleci jeden drobiazg.
Wraz z końcem piosenki, którą tańczono po losowaniu, słońce ostatecznie utonęło w morskiej wodzie. Zakończył się dzień, ale nie był to jeszcze koniec zabawy. Teraz poza terenem przygotowanym na przyjęcie zapadły ciemności, a tutaj lśniły świece na stołach, błyszczały pomarańczowym światłem lampiony, unoszące się w powietrzu nad miejscem, gdzie tańczono, lśniły światełka, którymi ozdobiono namioty. Tuż przy brzegu, nad wodą, też lewitowały lampiony i te zmieniały kolory - bardzo powoli, by od tej przemiany nie dostać zawrotów głowy, wszystkie na taki sam, od głębokiej czerwieni, przez pomarańcz i żółć, po zieleń, odcienie niebieskiego i fiolet.
Morze szumiało cicho.
Na grillu wciąż skwierczały steki, bekon i kiełbaski, ognisko, rozpalone kawałek od koców i stołów, płonęło, teraz, w mroku, kolejne źródło światła, a przy okazji także ciepła. Na razie wciąż było jeszcze ciepło: piasek dopiero stygł po ciepłym dniu, temperatura opadała, ale bardzo powoli. Tedy wrócił za bar, ale można było swobodnie sięgać po alkohole bez magicznych efektów - na stołach nie brakowało ani tego samego piwa, którego skrzynkę wygrał Jonathan, ani win, ani bezalkoholowych soków oraz lemoniady.
Z radia po chwili popłynęła kolejna piosenka: She loves you. Szum morza, gwar rozmów, muzyka, te dźwięki mieszały się ze sobą i niosły po plaży.
Aurora po tańcu wróciła na swój koc, zabrała szkicownik, a potem przemknęła w pobliżu Camerona, bez słowa podając mu rysunek - byli na nim on i Heather, siedzący na kocu, na tle morza. Chyba dziewczyna miała w sobie odrobinę złośliwości, bo wymalowała mu też tę rękę na temblaku... Ale przynajmniej nie narysowała go, jak spadał z miotły.
To luźna tura, na tańce/gadki/rzucanie kośćmi, w kolejnej (prawdopodobnie ostatniej przed przeniesieniem się na świt, czyli tak koło 5 rano) poleci jeden drobiazg.
Wraz z końcem piosenki, którą tańczono po losowaniu, słońce ostatecznie utonęło w morskiej wodzie. Zakończył się dzień, ale nie był to jeszcze koniec zabawy. Teraz poza terenem przygotowanym na przyjęcie zapadły ciemności, a tutaj lśniły świece na stołach, błyszczały pomarańczowym światłem lampiony, unoszące się w powietrzu nad miejscem, gdzie tańczono, lśniły światełka, którymi ozdobiono namioty. Tuż przy brzegu, nad wodą, też lewitowały lampiony i te zmieniały kolory - bardzo powoli, by od tej przemiany nie dostać zawrotów głowy, wszystkie na taki sam, od głębokiej czerwieni, przez pomarańcz i żółć, po zieleń, odcienie niebieskiego i fiolet.
Morze szumiało cicho.
Na grillu wciąż skwierczały steki, bekon i kiełbaski, ognisko, rozpalone kawałek od koców i stołów, płonęło, teraz, w mroku, kolejne źródło światła, a przy okazji także ciepła. Na razie wciąż było jeszcze ciepło: piasek dopiero stygł po ciepłym dniu, temperatura opadała, ale bardzo powoli. Tedy wrócił za bar, ale można było swobodnie sięgać po alkohole bez magicznych efektów - na stołach nie brakowało ani tego samego piwa, którego skrzynkę wygrał Jonathan, ani win, ani bezalkoholowych soków oraz lemoniady.
Z radia po chwili popłynęła kolejna piosenka: She loves you. Szum morza, gwar rozmów, muzyka, te dźwięki mieszały się ze sobą i niosły po plaży.
Aurora po tańcu wróciła na swój koc, zabrała szkicownik, a potem przemknęła w pobliżu Camerona, bez słowa podając mu rysunek - byli na nim on i Heather, siedzący na kocu, na tle morza. Chyba dziewczyna miała w sobie odrobinę złośliwości, bo wymalowała mu też tę rękę na temblaku... Ale przynajmniej nie narysowała go, jak spadał z miotły.