02.08.2024, 23:28 ✶
Podchodzę w okolice baru i Tomka, bo chce mnie topić
– Teraz nie jestem pewna, czy powinnam częściej cię obrażać, czy właśnie to obrażanie to jest to schlebianie – stwierdziła. – Mężczyznom, obawiam się. Przynajmniej tym w literaturze, nie złym wiedźmom.
Wolała nawet nie zastanawiać się nad słowami, i w ogóle nad niczym jakoś specjalnie. Ona akurat nie zadurzała się co do zasady, a tutaj najpierw sądziła, że oszalała, potem magia ją ciągnęła, i była jednocześnie wściekła na Voldemorta, siebie, Macmillanów i świat w ogólności, w tej własnej kolejności, a Atreus jeszcze czasem ją wkurzał, a czasem rozbawiał, i nie widziała, czy ma ochotę go zabić, czy pocałować. A później to nie wiedziała już zupełnie nic – co faktycznie go lubi, czy to tkwi tylko w jej głowie. Chociaż nie, wiedziała, że powinna odwrócić się i iść w drugą stronę, a jakoś tego nie zrobiła.
I więzi Erika i całej reszty zdawały się znikać po zerwaniu, i w końcu po prostu, gdzieś tak mniej więcej w Windermere, uznała, że po prostu nie będzie rozmyślać.
– Dzięki, ale nie będę pozbawiać cię amunicji, czułabym się z tym paskudnie – stwierdziła z poważną miną, chociaż niemal natychmiast wyobraziła sobie, jak matka zareagowałaby na taką nietypową ozdobę podczas jednego ze swoich przyjęć. Zapewne udusiłaby córkę jeszcze szybciej niż gdyby ta postanowiła zaserwować gościom przy oficjalnej okazji jakieś zabawne drinki.
Usunęła się z „parkietu” dalej, chcąc ustąpić tym, którzy jeszcze tańczyli i przesunęła w stronę prowizorycznego baru, rozglądając po gościach, chcąc sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie został sam. I dokąd z parkietu ruszą Eden oraz Millie, trochę z ciekawości, a trochę… by po prostu mieć pewność, że wszystko w porządku.
– Ger, jak się bawisz? Tommy, zjadłeś chociaż, mam nadzieję, jakiś z tych steków ze swojego magicznego grilla? – zwróciła się do pary, która tam podeszła w ślad za Tedym, i właśnie popijała drinki.
– Teraz nie jestem pewna, czy powinnam częściej cię obrażać, czy właśnie to obrażanie to jest to schlebianie – stwierdziła. – Mężczyznom, obawiam się. Przynajmniej tym w literaturze, nie złym wiedźmom.
Wolała nawet nie zastanawiać się nad słowami, i w ogóle nad niczym jakoś specjalnie. Ona akurat nie zadurzała się co do zasady, a tutaj najpierw sądziła, że oszalała, potem magia ją ciągnęła, i była jednocześnie wściekła na Voldemorta, siebie, Macmillanów i świat w ogólności, w tej własnej kolejności, a Atreus jeszcze czasem ją wkurzał, a czasem rozbawiał, i nie widziała, czy ma ochotę go zabić, czy pocałować. A później to nie wiedziała już zupełnie nic – co faktycznie go lubi, czy to tkwi tylko w jej głowie. Chociaż nie, wiedziała, że powinna odwrócić się i iść w drugą stronę, a jakoś tego nie zrobiła.
I więzi Erika i całej reszty zdawały się znikać po zerwaniu, i w końcu po prostu, gdzieś tak mniej więcej w Windermere, uznała, że po prostu nie będzie rozmyślać.
– Dzięki, ale nie będę pozbawiać cię amunicji, czułabym się z tym paskudnie – stwierdziła z poważną miną, chociaż niemal natychmiast wyobraziła sobie, jak matka zareagowałaby na taką nietypową ozdobę podczas jednego ze swoich przyjęć. Zapewne udusiłaby córkę jeszcze szybciej niż gdyby ta postanowiła zaserwować gościom przy oficjalnej okazji jakieś zabawne drinki.
Usunęła się z „parkietu” dalej, chcąc ustąpić tym, którzy jeszcze tańczyli i przesunęła w stronę prowizorycznego baru, rozglądając po gościach, chcąc sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie został sam. I dokąd z parkietu ruszą Eden oraz Millie, trochę z ciekawości, a trochę… by po prostu mieć pewność, że wszystko w porządku.
– Ger, jak się bawisz? Tommy, zjadłeś chociaż, mam nadzieję, jakiś z tych steków ze swojego magicznego grilla? – zwróciła się do pary, która tam podeszła w ślad za Tedym, i właśnie popijała drinki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.