02.08.2024, 23:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2024, 14:30 przez Anthony Shafiq.)
— Masz na myśli grę terenową? — zdziwił się nieco, choć rzeczywiście tego typu rozrywki nie były mu obce. Wręcz przeciwnie, sam przecież ledwie przed miesiącem urządził dla Morpheusa zwiedzanie domu strachów, nie uprzedzając go o dziejącej się zabawie, ale tu jednak rzecz miała się nieco inaczej... — Popraw mnie jeśli się mylę, ale czy nie należysz do tego typu ludzi, którzy jednak wolą znać zasady gry nim wezmą w niej udział? — zapytał całkiem poważnie, choć po chwili rozluźnił się już zupełnie, zdając sobie sprawę, że Erik balansuje znów, na pograniczu groteski i kpiny. Pomyślał o stresie, który ich spotkał tego dnia, o sposobach w jaki rozładowywali napięcie, o tym, jak śmiech pomagał ciału się rozluźnić. Sam wolał się nie śmiać. Nad przeponą miał całkiem spore pole fioletowych piwonii, które przy każdym drżeniu brzucha przypominały, dlaczego to nie jest dobry pomysł. Oblicze mu jednak złagodniało, nie chcąc teraz dociekać na ile Erik był z nim szczery, na ile próbował żartować o swoich błędnych interpretacjach zaistniałej sytuacji. — Tak jak Ci pisałem jakiś czas temu, wiesz... tylko za wcześniejszą zgodą. Nie ważne czy chodzi o ryzykowne zabawy, wcielanie się w role w ramach wyjścia czy, em... czy gdzieś indziej. Poza tym mówiłeś, że marzy Ci się odrobina spokoju w tym mało spokojnym czasie. Wbrew pozorom słucham Cię czasami, nawet jeśli widzisz... dzisiaj okoliczności nie były dla nas zbyt sprzyjające. — Czuł zmęczenie kładące mu się na barkach, ale dawno już nie był przez ową słabość i chęć snu porównywalnie skonflikotwany. Napięcie przyniosło upragnione rozprężenie, skonfrontowanie się ze strachem - nawet jeśli finalnie nie był on porównywalny do tego co zajmowało mu głowę - uwydatniało miękkość wspólnej chwili, czyniąc ją tym słodszą, tym bardziej wrażliwą i piękną.
— Tak sądzisz? Myślisz, że uchodzę za kwiat? — uśmiechnął się szeroko, przekrzywiając głowę, by znaleźć psotne iskierki w oczach obrażającego go Erika. Wsłuchiwał się w jego ton, w śpiewną intonację fałszywej przygany, ucząc się powoli, że nie musi się jej obawiać w ciemnych komnatach zbyt wielu myśli i skołtunionych lęków. — Jakim kwiatem byłbym według Ciebie? — zadał to surrealistyczne pytanie, absolutnie ignorując resztę insynuwacji i złotych porad w dodatku bezczelnie nie podpowiadał, nie podsuwał klucza odpowiedzi, podobnie jak milcząc stawiał przed nim wino, spragniony opowieści, ale przede wszystkim ciągu skojarzeń, które urodziły się w erikowej głowie bez nadawania im wcześniej toru. Sam przy okazji zastanawiał się nad odpowiedzią, bo choć naturalnym wydawało się przyrównanie Erika do słonecznika, zdawało się mu to zbyt trywialne, zbyt oczywiste, a przez to pospolite. Pewnie wszyscy mu to mówili.
Gdy człowiek jest po ataku leglimenty, gdy jego pamięć złośliwie naruszana i modyfikowana staje się materiałem do wzmożonej późniejszej pracy, która ma umożliwić powrót do koherentności obserwowanej i doświadczanej rzeczywistości, wtedy ważne jest aby patrzeć jakich mebli nie ma. Wspomnień, które być powinny, a jednak próżno je znaleźć. Anthony wielokrotnie wypominał sobie każdą jedną współną noc, każdą chwilę, kiedy zasypiali wtuleni w siebie, kiedy budzili się rano jeszcze przed początkiem dnia, wszystkie te kruche momenty, w których milczeli jak zaklęci i to bynajmniej nie dlatego, że nie było o czym mówić. To znaczy... przed laty tak to rozumiał, że dla obu sprawa była jasna, że układ w którym razem pracują, przyjaźnią się i przy okazji eksperymentują z każdą erotyczną techniką, która przyszła im do głowy podczas półrocznego okresu niewidzenia się ze sobą, że taki ukad wyklucza zaangażowanie emocjonalne inne niż sympatię i zaufanie do drugiej osoby, że tajemnica zostanie utrzymana. Mówienie o czymś więcej było ryzykiem odrzucenia i przekreślenia tych krótkich chwil szczęścia, w których samotność nie doskwierała tak bardzo. Przekreślenia radosnego okresu oczekiwania na kolejne spotkanie, całej fazy planów i przygotowań. Teraz, kiedy nie było ich wyjazdów, kiedy nagle nie było nic do stracenia, ale też gdy Anthony poczyniał sobie coraz śmielej, zwłaszcza dziś, zwłaszcza teraz, zasłaniając się swoim stanem: to nie ja, to Basilius musiał pomylić fiolki, teraz było to takie przyjemnie zaskakujące, że każdy krok trafiał na podatny grunt. Responsywny grunt. Przyjemny grunt...
Z żalem rozsupłał swój uścisk, tylko po to, by móc spojrzeć na jego uśmiech, na wyraz twarzy, by móc spróbować odnieść go do kiedyś, a może nadać nowy numer katalogowy uśmiechu Erika Alexandra Longbottoma w chwili, gdy mówił, że chce zostać mimo, że Anthony marnym był tego dnia towarzyszem czegokolwiek, bo nawet słowne przepychanki nie szły mu najlepiej, w zmęczeniu ciała i absolutnemu upojeniu bliskością drugiego mężczyzny. Głupiał przy nim straszliwie, nic nie mógł na to poradzić, ponad przyjęciem tego, z nadzieją, że jest to być może stan przejściowy.
— To może zdejmiesz to z siebie w końcu i się odświeżysz...? Twoja porcja wybranego eliksiru nasennego czeka obok i ja też nigdzie się dzisiaj już nie wybieram. Wiesz, może też wolałbym się przytulać bardziej... horyzontalnie. Bardziej poziomo — przyznał w końcu, choć już wiedział, że na pewno nie będą leżeć jak ostatnio. Dociskanie jego brzucha dzisiaj byłoby wyjątkowo złym pomysłem.
— Tak sądzisz? Myślisz, że uchodzę za kwiat? — uśmiechnął się szeroko, przekrzywiając głowę, by znaleźć psotne iskierki w oczach obrażającego go Erika. Wsłuchiwał się w jego ton, w śpiewną intonację fałszywej przygany, ucząc się powoli, że nie musi się jej obawiać w ciemnych komnatach zbyt wielu myśli i skołtunionych lęków. — Jakim kwiatem byłbym według Ciebie? — zadał to surrealistyczne pytanie, absolutnie ignorując resztę insynuwacji i złotych porad w dodatku bezczelnie nie podpowiadał, nie podsuwał klucza odpowiedzi, podobnie jak milcząc stawiał przed nim wino, spragniony opowieści, ale przede wszystkim ciągu skojarzeń, które urodziły się w erikowej głowie bez nadawania im wcześniej toru. Sam przy okazji zastanawiał się nad odpowiedzią, bo choć naturalnym wydawało się przyrównanie Erika do słonecznika, zdawało się mu to zbyt trywialne, zbyt oczywiste, a przez to pospolite. Pewnie wszyscy mu to mówili.
Gdy człowiek jest po ataku leglimenty, gdy jego pamięć złośliwie naruszana i modyfikowana staje się materiałem do wzmożonej późniejszej pracy, która ma umożliwić powrót do koherentności obserwowanej i doświadczanej rzeczywistości, wtedy ważne jest aby patrzeć jakich mebli nie ma. Wspomnień, które być powinny, a jednak próżno je znaleźć. Anthony wielokrotnie wypominał sobie każdą jedną współną noc, każdą chwilę, kiedy zasypiali wtuleni w siebie, kiedy budzili się rano jeszcze przed początkiem dnia, wszystkie te kruche momenty, w których milczeli jak zaklęci i to bynajmniej nie dlatego, że nie było o czym mówić. To znaczy... przed laty tak to rozumiał, że dla obu sprawa była jasna, że układ w którym razem pracują, przyjaźnią się i przy okazji eksperymentują z każdą erotyczną techniką, która przyszła im do głowy podczas półrocznego okresu niewidzenia się ze sobą, że taki ukad wyklucza zaangażowanie emocjonalne inne niż sympatię i zaufanie do drugiej osoby, że tajemnica zostanie utrzymana. Mówienie o czymś więcej było ryzykiem odrzucenia i przekreślenia tych krótkich chwil szczęścia, w których samotność nie doskwierała tak bardzo. Przekreślenia radosnego okresu oczekiwania na kolejne spotkanie, całej fazy planów i przygotowań. Teraz, kiedy nie było ich wyjazdów, kiedy nagle nie było nic do stracenia, ale też gdy Anthony poczyniał sobie coraz śmielej, zwłaszcza dziś, zwłaszcza teraz, zasłaniając się swoim stanem: to nie ja, to Basilius musiał pomylić fiolki, teraz było to takie przyjemnie zaskakujące, że każdy krok trafiał na podatny grunt. Responsywny grunt. Przyjemny grunt...
Z żalem rozsupłał swój uścisk, tylko po to, by móc spojrzeć na jego uśmiech, na wyraz twarzy, by móc spróbować odnieść go do kiedyś, a może nadać nowy numer katalogowy uśmiechu Erika Alexandra Longbottoma w chwili, gdy mówił, że chce zostać mimo, że Anthony marnym był tego dnia towarzyszem czegokolwiek, bo nawet słowne przepychanki nie szły mu najlepiej, w zmęczeniu ciała i absolutnemu upojeniu bliskością drugiego mężczyzny. Głupiał przy nim straszliwie, nic nie mógł na to poradzić, ponad przyjęciem tego, z nadzieją, że jest to być może stan przejściowy.
— To może zdejmiesz to z siebie w końcu i się odświeżysz...? Twoja porcja wybranego eliksiru nasennego czeka obok i ja też nigdzie się dzisiaj już nie wybieram. Wiesz, może też wolałbym się przytulać bardziej... horyzontalnie. Bardziej poziomo — przyznał w końcu, choć już wiedział, że na pewno nie będą leżeć jak ostatnio. Dociskanie jego brzucha dzisiaj byłoby wyjątkowo złym pomysłem.