11.01.2023, 15:01 ✶
Podskoczył, niemal poderwał się do pionu słysząc krzykliwe słowa, najwyraźniej kierowane w jego stronę. Rozejrzał się lekko skołowany i zobaczył zbliżającą się Sophie. Nie podejrzewał, że kiedykolwiek ucieszy się na jej widok. Przecież doprowadzała go do szału po dwóch minutach spotkania. Nie miał sił teraz znosić jej docinek, nie chciał żeby mu dogryzała bo naprawdę miał powody do załamania. Otwierał usta aby jakimś słownym dźwiękiem zakomunikować niechęć do interakcji lecz ugryzł się w język w ostatniej chwili. Przybliżyła się i na jej twarzy zauważył autentyczne zmartwienie. Czyżby była teraz szczera? Nie umiał rozpoznać, wewnątrz coś w nim umierało. Bądź co bądź poczuł ulgę na jej widok. O Merlinie, nie musiał już tak intensywnie myśleć jak dostać się do domu, ona mu pomoże, prawda? Będzie dziś podstępną szują czy zostanie przy roli krewnej? Patrzył na jej twarz i zwlekał z odpowiedzią. Co miał powiedzieć? Istniały słowa aby to opisać?
- Wszystko spieprzyłem.- wydusił z siebie. Dopiero siedząc i widząc kogoś z rodziny tak naprawdę zaczynała docierać do niego świadomość beznadziejności tego dnia. Fergus leży w szpitalu, nieprzytomny, przez niego. Czuł się jakby to on zamknął ten artefakt na jego ręku choć prawda była zupełnie inna - to odkrycie przyjdzie wraz ze świeżym umysłem. Teraz był zbyt przesiąknięty emocjami aby jasno myśleć. Popatrzył na swoje ręce. W każdej najmniejszej linii papilarnej tkwiła zaschnięta ciemna krew. Ręce, choć wielokrotnie wycierane w spodnie, pokryte były rozmazaną cieczą. Oderwał wzrok patrząc w oczy Sophie.
- Artefakt… - przełknął z trudem ślinę, gardło miał wysuszone. - Artefakt zaatakował mojego… - zmarszczył brwi, szukał słowa. Nie może nazwać Fergusa aspirującym epicentrum całego życia. No nie wypada.
- … przyjaciela. Czarnomagiczny artefakt. Przeżył ale ledwo, umierał. - zgiął palce w pięści przypominając sobie wszystkie te sceny jakby cały czas tkwił nad ciałem Fergusa, nieudolnie próbując z Brenną zatamować strumień krwi. Wyglądał słabo, zbyt słabo jak na osobę która miała kogoś ratować. Dzisiaj nie był ani Castielem z wody, ani z lądu, ani z pracy, ani przyjacielskim. Powoli wpadał w ten bezkresny dół zwany wyrzutami sumienia.
- Wszystko spieprzyłem.- wydusił z siebie. Dopiero siedząc i widząc kogoś z rodziny tak naprawdę zaczynała docierać do niego świadomość beznadziejności tego dnia. Fergus leży w szpitalu, nieprzytomny, przez niego. Czuł się jakby to on zamknął ten artefakt na jego ręku choć prawda była zupełnie inna - to odkrycie przyjdzie wraz ze świeżym umysłem. Teraz był zbyt przesiąknięty emocjami aby jasno myśleć. Popatrzył na swoje ręce. W każdej najmniejszej linii papilarnej tkwiła zaschnięta ciemna krew. Ręce, choć wielokrotnie wycierane w spodnie, pokryte były rozmazaną cieczą. Oderwał wzrok patrząc w oczy Sophie.
- Artefakt… - przełknął z trudem ślinę, gardło miał wysuszone. - Artefakt zaatakował mojego… - zmarszczył brwi, szukał słowa. Nie może nazwać Fergusa aspirującym epicentrum całego życia. No nie wypada.
- … przyjaciela. Czarnomagiczny artefakt. Przeżył ale ledwo, umierał. - zgiął palce w pięści przypominając sobie wszystkie te sceny jakby cały czas tkwił nad ciałem Fergusa, nieudolnie próbując z Brenną zatamować strumień krwi. Wyglądał słabo, zbyt słabo jak na osobę która miała kogoś ratować. Dzisiaj nie był ani Castielem z wody, ani z lądu, ani z pracy, ani przyjacielskim. Powoli wpadał w ten bezkresny dół zwany wyrzutami sumienia.