03.08.2024, 11:46 ✶
Na początku reakcja na Alex'a i przemówienie Agnes. W drugiej części Balkon - głównie Anthony i Richard
Lorien nie wyglądała na przerażoną ptaszynę, choć jej dłonie drżały, stając się jedyną manifestacją mentalnej fatygi. Jej wzrok był utkwiony w pusty punkt przed sobą. Ciężko było stwierdzić czy patrzyła w stronę Alexandra, Agnes, a może po prostu totalnie odcięła się od rzeczywistości, próbując ogarnąć samą siebie zanim będzie za późno. Wystarczająco wierzyła, że w razie potrzeby Shafiq zareaguje, żeby pozwolić sobie na ignorowanie wszystkiego innego i zapanowanie nad tym co najważniejsze - klątwą. A potem Alexander zaczął swoją pożal się Matko przemowę i serce kobiety zamarło. Opowiadanie o fundacji to jedno. Wywoływanie jej na dywanik przed magiczną socjetą było szczytem skruwysyństwa, którego nie spodziewała się nawet po Mulciberze.
Było jak wysypanie tony piachu na tlący się pożar.
Zmiana w jej postawie była subtelna; przestała znęcać się nad swoimi palcami, odetchnęła nieco głębiej, mętne spojrzenie odzyskało ostrość. Zaciśnięte usta i uniesiony podbródek. Lorien, nie, wróć. Sędzia odzyskała pełną kontrolę. Ukręciła wewnętrznej ptaszynie łeb. Nie umiał wygłaszać przemów? Mogła to zrobić za niego. Zapewnić, jak dumne jest Ministerstwo Magii z postawy młodego Mulcibera, który wbrew wszystkiemu postanowił walczyć z otaczającą ich obłudą. Obiecać, że cel jaki im przyświeca jest tak bliski sercu i jej i całego magicznego społeczeństwa. Z uśmiechem straceńca pociągnąć Alexandra na samo dno tego społecznego rynsztoka.
Gdy odezwała się Agnes, słuchała jej już uważniej. Nawet jeśli nie widziała koperty, powiodła spojrzeniem po wszystkich wymienionych osobach. Camille? Arteus? I ten dzieciak Matthias? Odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu. Doskonale. Kolejne osoby wciągnięte w tą magirasistowską tragikomedię.
Była zbyt zaaferowana całą sprawą, żeby klasnąć na zakończenie. Zresztą to i tak nie miało żadnego znaczenia, bo zaraz została z pomieszczenia zabrana. Nie wyrywała się, choć pragnienie złapania Mulcibera za te kłaki i pozbycie się go w łazience, zdawało się zaprzątać teraz wszystkie myśli czarownicy. Już go przechrzciła na Marną Podróbkę Jęczącej Marty i wybrała piękne kwiaty na grób.
- * -
Nawet chłodne, sierpniowe powietrze w pierwszej chwili jej nie zdołało otrzeźwić. Tkwiła w zawieszeniu jak dziecko, które po raz pierwszy zyskiwało samoświadomość, słuchając dobrze znanej fraszki i poruszając ustami w takt słów, a jednak zdawała się nie pamiętać z niej nic.
Gdzieś nieopodal ratowali panią Lestrange.
Basilius przy okazji strofował kolejne osoby, które pojawiły się na balkonie. Kto?
Przeniosła uważne spojrzenie na dwójkę. Sophie z kawalerem. Coś mówił, coś machał. Jakiż miły chłopiec.
Z letargu wyrwał ją dopiero prezent.
Spojrzała na Anthony’ego, potem na bransoletkę, a jej oczy zaszły łzami. Agat. W dodatku w srebrze.
Coś było wyjątkowo nie tak. Lorien Mulciber nie pozwalała sobie na płacz. Nie, gdy wzrok innych był skierowany wprost na nią, gdy od zachowania spokoju zależało jej życie.
A jednak ten głupi prezent sprawił, że pierwsze łzy pociekły jej po policzkach jakby miała piętnaście lat, a ktoś skrytykował jej sukienkę na balu szkolnym. Łzy wzruszenia? Nie. W tej właśnie chwili, czarownica uświadomiła sobie, że chciała wrócić do domu. Usiąść w ciszy biblioteki w kamienicy, napić się herbaty z Robertem i zapomnieć o tej całej imprezie. Co się z nią działo? Kiedy słodkie pragnienie rozgrywania wielkich gier politycznych na podziemnej szachownicy zastąpione zostało przez tą chorą potrzebę utrzymania rutyny?
- Nawet własnego męża?
Richard.
Jeśli spodziewał się ujrzeć w oczach czarownicy jakikolwiek popłoch - niestety nie tym razem. Nie było żadnego przerażenia, nie podskoczyła jakby została przyłapana na czymś niewłaściwym. Zresztą ani jej postawa ani głos nie wskazywały na żadne podejrzane zachowanie. Z całą swoją umiejętnością kłamstwa i występowania przed nawet najmniej lubianą publiką, Lorien Mulciber potrafiła zachowywać pozory w sytuacjach kryzysowych.
Richard nie był Robertem, ale w tym momencie nawet nie zdawał sobie sprawy jak ważnym pionkiem w rozgrywce się stał. Lorien odetchnęła z ulgą, zręcznie prześlizgując się pod ramieniem Anthony’ego. Nie siliła się na otarcie łez z policzków.
Chciała się napić wina. Udusić Alexandra. Przegrać wszystkie żetony słuchając nieśmiesznych żartów krupiera. A potem wrócić do domu.
- Nie, w niczym.- Odpowiedziała szwagrowi drżącym wciąż głosem, łapiąc go pod ramię i wtulając się w nie. Nie tłumaczyła, bo nie czuła się w obowiązku do tłumaczenia się przed nikim. Mógł sobie oczekiwać wyjaśnień, ba, mógł je nawet otrzymać - ale na pewno nie tutaj, nie wśród całej zbieraniny ludzi, nagle kłębiących się na balkonie. Zresztą miała niejasne przeczucie, że to i tak nie miałoby żadnego znaczenia. Każdy kto nie rozumiał tego czego nie widać nie potrafiłby w swoim ograniczeniu zrozumieć to co widać. - Czy możemy już wracać do środka? Proszę.
Jej uścisk na ramieniu “męża” wzmocnił się, bo choć pierwsze emocje już opadły, Lorien naprawdę potrzebowała odpocząć. Choć przez chwilę, zanim zdobędzie się na założenie kolejnej maski.