03.08.2024, 13:05 ✶
Wyciąganie lekcji z najbardziej beznadziejnych przypadków... Oj, miałem co wyciągać i to z jak nieskazitelnie beznadziejnych przypadków. Wcześniej rozbawiony i rozchichotany, wiecznie łapiący gdzieś Błędnego Rycerza, teraz trwałem w pauzie, przerywanej jedynie na chwilę na takie beznadziejne przypadki. Dobrze i niedobrze. Przynajmniej żadne zmory nam nie groziły, a biedny kociak w końcu wydostał się z szafy. Był wystraszony, przerażony, a zrobił się jeszcze bardziej spanikowany, kiedy wyczuł wampira. No tak.
Ulżyło mi, że James nie kwapił się do prowadzenia rozmów o dupie Maryni, bo najpewniej bym wybuchł. Bo jednej strony fajnie-dobrze, ale z drugiej naprawdę miałem nadzieję stanąć twarzą w twarz z istotą, która mnie przemieniła... A bynajmniej z jej odbiciem. Myślę, że to jego osoba najbardziej mi siedziała w głowie. Czułem, że wróci. Byłem pewien, że to zrobi. Tylko co będzie wtedy? Jakie będą jego plany? Co będzie ze mną i moimi bliskimi?
I taki to był kontrast, taki szok w porównaniu z tym, co czuli zebrani tu czarodzieje. Pełni miłości, radości, upojenia. Atmosfera pełna tego, co kiedyś wypełniało moje serce. Młodości, lekkości, zabawy. Tylko że teraz tu nie pasowałem. Czemu mnie tam ciągnęli? Byłem smętny, blady, niebezpieczny. A jednak ciągnęli. James był taki szczęśliwy, taki zadowolony. Chciałem do niego krzyknąć, że nie wypada, że powinniśmy wrócić, ale nie miałem już siły przebicia. Zabawa biegła dalej, nie oglądając się na czyjekolwiek smutki, w tym moje.
Rozbrzmiewał utwór, który doskonale znałem. Kochałem słuchać muzykę - czarodziejską, mugolską. Nie robiło mi różnicy, byle miała pełno energii, pełno miłości, uczuć. Może nawet smak wolności, której tak bardzo mi brakowało?
Odnalazłem spojrzeniem Jamesa. Był już w kompletnie innym świecie, może nawet we własnym żywiole. Chyba mieliśmy to we krwi, tę tendencję do imprezowania i niepatrzenia się za siebie. Czy to przez polowania? Ciągłe ryzykowanie życiem?
Zamknąłem na moment oczy, próbując zapomnieć czym się stałem. Nie było wampiryzmu, ciągłego pragnienia, uwagi. Otworzyłem oczy i był już kompletnie inny świat. Pełen zabawy. Może smak mocnego alkoholu wcale nie wykrzywiał mi twarzy i nie miał sprawić, że oddam się upojeniu, ale mogłem temu oddać emocje, drobnej beztrosce, słodkiemu zapomnieniu. Podskoczyłem kilka razy, niepewnie, po czym wyczułem rytm, przypomniałem sobie kroki, nogi same poniosły, tym samym dołączyłem do bawiącego się tłumu.
Tyle że... czy to słodkie zapomnienie nie było drobnym przekłamaniem? Wciąż mój wzrok krążył z niepokojem, jakby zaraz miało się wydarzyć coś złego, coś, co mogłoby wyprowadzić mnie z równowagi. Ten sam wzrok wciąż i wciąż szukał Jamesa w tańczącym tłumie. Tak na wszelki wypadek, choć na ustach zagościł szeroki uśmiech.
Ulżyło mi, że James nie kwapił się do prowadzenia rozmów o dupie Maryni, bo najpewniej bym wybuchł. Bo jednej strony fajnie-dobrze, ale z drugiej naprawdę miałem nadzieję stanąć twarzą w twarz z istotą, która mnie przemieniła... A bynajmniej z jej odbiciem. Myślę, że to jego osoba najbardziej mi siedziała w głowie. Czułem, że wróci. Byłem pewien, że to zrobi. Tylko co będzie wtedy? Jakie będą jego plany? Co będzie ze mną i moimi bliskimi?
I taki to był kontrast, taki szok w porównaniu z tym, co czuli zebrani tu czarodzieje. Pełni miłości, radości, upojenia. Atmosfera pełna tego, co kiedyś wypełniało moje serce. Młodości, lekkości, zabawy. Tylko że teraz tu nie pasowałem. Czemu mnie tam ciągnęli? Byłem smętny, blady, niebezpieczny. A jednak ciągnęli. James był taki szczęśliwy, taki zadowolony. Chciałem do niego krzyknąć, że nie wypada, że powinniśmy wrócić, ale nie miałem już siły przebicia. Zabawa biegła dalej, nie oglądając się na czyjekolwiek smutki, w tym moje.
Rozbrzmiewał utwór, który doskonale znałem. Kochałem słuchać muzykę - czarodziejską, mugolską. Nie robiło mi różnicy, byle miała pełno energii, pełno miłości, uczuć. Może nawet smak wolności, której tak bardzo mi brakowało?
Odnalazłem spojrzeniem Jamesa. Był już w kompletnie innym świecie, może nawet we własnym żywiole. Chyba mieliśmy to we krwi, tę tendencję do imprezowania i niepatrzenia się za siebie. Czy to przez polowania? Ciągłe ryzykowanie życiem?
Zamknąłem na moment oczy, próbując zapomnieć czym się stałem. Nie było wampiryzmu, ciągłego pragnienia, uwagi. Otworzyłem oczy i był już kompletnie inny świat. Pełen zabawy. Może smak mocnego alkoholu wcale nie wykrzywiał mi twarzy i nie miał sprawić, że oddam się upojeniu, ale mogłem temu oddać emocje, drobnej beztrosce, słodkiemu zapomnieniu. Podskoczyłem kilka razy, niepewnie, po czym wyczułem rytm, przypomniałem sobie kroki, nogi same poniosły, tym samym dołączyłem do bawiącego się tłumu.
Tyle że... czy to słodkie zapomnienie nie było drobnym przekłamaniem? Wciąż mój wzrok krążył z niepokojem, jakby zaraz miało się wydarzyć coś złego, coś, co mogłoby wyprowadzić mnie z równowagi. Ten sam wzrok wciąż i wciąż szukał Jamesa w tańczącym tłumie. Tak na wszelki wypadek, choć na ustach zagościł szeroki uśmiech.