Zupełnie jej to zesztywnienie nie przeszkadzało. Wiedziała, że różnie ludzie odbierają dotyk, jedni go lubili inni mniej, ale nie mogła się powstrzymać przed tym, aby powitać swojego wuja w ten dosyć wylewny sposób. Naprawdę się za nim stęskniła i nie zamierzała udawać, że jest inaczej.
Może nie miała ojca, nigdy jednak nie dano jej tego odczuć. Zamiast tego jednego, który odszedł posiadała teraz trzech, którzy dbali o nią, jej braci i ich matkę. Wiadomo, strata ojca to był wielki cios, jednak dzięki nim było jej się dużo łatwiej z tym pogodzić. Wiedziała, że może przyjść ze wszystkim do swojego ojca chrzestnego, że zawsze jej pomoże i spróbuje znaleźć rozwiązanie każdego jej problemu, nawet tego najbardziej błahego.
Kelly w przeciwieństwie do swojego wuja jeszcze w ogóle nie interesowała się tematem zamążpójścia. Jej zdaniem miała jeszcze sporo czasu, przecież ledwo kilka lat temu skończyła, całe życie przed nią. Nie było sensu się ograniczać, przynajmniej jak na razie. Wierzyła w to, że kiedyś spotka odpowiednią osobę, że los jej będzie sprzyjał. Miała świadomość, że nie jest najlepszą partią, była w końcu córką mugolaka, jednak i tacy jak ona mogli być szczęśliwi.
Jej przyszły ewentualny kandydat na męża nie będzie miał wcale tak łatwo. Nie miała jednego ojca, a trzech, a do tego dosyć mocno despotyczną mamę i jeszcze braci w pakiecie. Mało kto pewnie byłby w stanie podołać spotkaniu z jej rodziną, wierzyła jednak, że kiedyś znajdzie się ktoś na tyle odważny, aby spróbować się w to zaangażować.
- Wiem, stąd nie do końca rozumiem to pytanie. Nie jestem nikim zainteresowana póki co, możesz spać spokojnie wujku. - Dodała z uśmiechem, jednym z tych bardziej uroczych.
- Mieć pięćdziesiąt procent szans i nie trafić... trochę szkoda. - Cóż, bywało i tak. Nie zamierzała się tym jakoś specjalnie przejmować.
- Nie gnębi, sama chętnie zostaję, kiedy pojawia się taka potrzeba. Nie sądziłam, że będzie mi się z wami tak przyjemnie pracowało, a do tego mogę spędzać z wami dużo czasu, praca marzenie. - Powiedziała jeszcze zadowolona. Zdecydowanie nie narzekała na swój los, wręcz przeciwnie, bardzo jej się tam podobało.
Anthony odprowadził ją do stołu, przysunął krzesło, w jego obecności czuła się niczym prawdziwa księżniczka.
- Myślę, że całkiem nieźle sobie radziliśmy, przynajmniej tak mi się wydaje, nic nie wybuchło, jak na razie. - Oczywiście, że wolała, kiedy jej ojciec chrzestny był na miejscu i miał na wszystko oko, pewnie w przeciwieństwie do większości pracowników, bo oni trochę się go bali.