03.08.2024, 19:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 19:41 przez Lorien Mulciber.)
Lorien nie wierzyła we wróżbiarstwo per se. A raczej udawała, że w nie nie wierzy. Może gdyby tej jedynej w życiu przepowiedni jakiej na swój temat usłyszała, nie wygłosił upity Alexander Mulciber w ciemnej uliczce mugolskiej części Londynu, zaraz potem zresztą zwracając ostatni posiłek na jej nowe buty, panna Crouch miałaby mniej krytyczne podejście do świata zaglądania za całun przyszłości.
Strata Morpheusa Longbottoma na rzecz Departamentu Tajemnic była stratą wyjątkową i bolesną. Przynajmniej dla tej jednej młodej czarownicy, która kompletnie przerażona i porzucona całkiem sobie w dorosłym świecie, uczepiła się rąbka jego szaty jak nieporadne pisklę.
Lata mijały, a ona wyrosła ze swoich przykrótkich sukienek i drogich futer na rzecz szat w odcieniach bogatego szkarłatu, granatu i co najważniejsze czerni tkanej złotą nitką. Pozwalającej jej kobaltowym oczom lśnić jeszcze mocniej. Wynaturzenie. Dziwadło. Głupie ptaszysko.
Jak zwykle chowała się za biżuterią, którą była obwieszona niczym mugolskie drzewko świąteczne.
Wzrok dziewczyny natychmiast powędrował do trzymanej przez niego w rękach książki. A raczej złotego tłoczenia, które wabiło jej ptasie serduszko. Uniosła kąciki ust widząc znajomy tytuł. Ale wciąż jeszcze nie przepuściła go w drzwiach. Zamiast tego zadarła delikatnie głowę, aby spojrzeć czarodziejowi prosto w oczy. Przestudiować każdą najdrobniejszą emocję na jego twarzy. Może wybadać czy ma jej do opowiedzenia coś ciekawego.
- Zdawało mi się, że w tej opowieści o darach było trzech starszych mędrców ze Wschodu.- Stwierdziła dość zaczepnie, ostatecznie zabierając drugą dłoń z futryny. - Dziękuję…- Przyjęła prezent. Przesunęła opuszkami palców po okładce, starając się nie zostawić śladów na materiale. - Widzę złoto, ale czy nie zasługuję też na mirrę i kadzidło? - Pytanie zadane tonem tak subtelnym i żartobliwym, że za ów żart musiało zostać odebrane. Skinęła lekko głową zapraszając go do środka. Do swojego małego limbo. Jeśli się dobrze rozejrzał na pewno dostrzegł, że jedno z krzeseł przy biurku wyjątkowo nie było niczym zawalone. Może siedziało na nich kilka miniaturowych, zaczarowanych dementorów, które znudziło snucie się przy makiecie, ale były jak nieszkodliwe muchy. Wystarczyło machnąć lekko ręką by odleciały w swoją stronę.
Nie przeprosiła za bałagan, bo względnie kontrolowany chaos był zjawiskiem, które towarzyszyło jej zawsze. Niczym cień snuł się za czarownicą w postaci papierów, stert książek i pergaminów, zapisanych do połowy, porzuconych pomysłów, niedopowiedzianych historii. Jak wiele z nich właśnie płonęło w kominku?
- Rozgościłaś się już?
Przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Spróbować kłamać? Najzwyczajniej w świecie powiedzieć prawdę? Unikanie tematu nie wchodziło w rachubę. Może gdyby zgrabnie manewrowała słowami, udałoby jej się zyskać parę chwil na przemyślenie sprawy.
- Ja… Ja jeszcze nie podpisałam awansu.- Przyznała cicho, po wyjątkowo długiej chwili zwątpienia. Przytuliła do siebie książkę, jakby spodziewała się, że zostanie jej zaraz zabrana. Nawet jeśli przenieśli ją do nowego gabinetu, powiesili w szafie kilka nowych szat sędziowskich (jej, tylko jej!), to tak długo jak na głupim świstku porzuconym w szufladzie nie będzie jej podpisu - trwała w stanie lekkiego zawodowego zawieszenia.
Strata Morpheusa Longbottoma na rzecz Departamentu Tajemnic była stratą wyjątkową i bolesną. Przynajmniej dla tej jednej młodej czarownicy, która kompletnie przerażona i porzucona całkiem sobie w dorosłym świecie, uczepiła się rąbka jego szaty jak nieporadne pisklę.
Lata mijały, a ona wyrosła ze swoich przykrótkich sukienek i drogich futer na rzecz szat w odcieniach bogatego szkarłatu, granatu i co najważniejsze czerni tkanej złotą nitką. Pozwalającej jej kobaltowym oczom lśnić jeszcze mocniej. Wynaturzenie. Dziwadło. Głupie ptaszysko.
Jak zwykle chowała się za biżuterią, którą była obwieszona niczym mugolskie drzewko świąteczne.
Wzrok dziewczyny natychmiast powędrował do trzymanej przez niego w rękach książki. A raczej złotego tłoczenia, które wabiło jej ptasie serduszko. Uniosła kąciki ust widząc znajomy tytuł. Ale wciąż jeszcze nie przepuściła go w drzwiach. Zamiast tego zadarła delikatnie głowę, aby spojrzeć czarodziejowi prosto w oczy. Przestudiować każdą najdrobniejszą emocję na jego twarzy. Może wybadać czy ma jej do opowiedzenia coś ciekawego.
- Zdawało mi się, że w tej opowieści o darach było trzech starszych mędrców ze Wschodu.- Stwierdziła dość zaczepnie, ostatecznie zabierając drugą dłoń z futryny. - Dziękuję…- Przyjęła prezent. Przesunęła opuszkami palców po okładce, starając się nie zostawić śladów na materiale. - Widzę złoto, ale czy nie zasługuję też na mirrę i kadzidło? - Pytanie zadane tonem tak subtelnym i żartobliwym, że za ów żart musiało zostać odebrane. Skinęła lekko głową zapraszając go do środka. Do swojego małego limbo. Jeśli się dobrze rozejrzał na pewno dostrzegł, że jedno z krzeseł przy biurku wyjątkowo nie było niczym zawalone. Może siedziało na nich kilka miniaturowych, zaczarowanych dementorów, które znudziło snucie się przy makiecie, ale były jak nieszkodliwe muchy. Wystarczyło machnąć lekko ręką by odleciały w swoją stronę.
Nie przeprosiła za bałagan, bo względnie kontrolowany chaos był zjawiskiem, które towarzyszyło jej zawsze. Niczym cień snuł się za czarownicą w postaci papierów, stert książek i pergaminów, zapisanych do połowy, porzuconych pomysłów, niedopowiedzianych historii. Jak wiele z nich właśnie płonęło w kominku?
- Rozgościłaś się już?
Przez chwilę nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Spróbować kłamać? Najzwyczajniej w świecie powiedzieć prawdę? Unikanie tematu nie wchodziło w rachubę. Może gdyby zgrabnie manewrowała słowami, udałoby jej się zyskać parę chwil na przemyślenie sprawy.
- Ja… Ja jeszcze nie podpisałam awansu.- Przyznała cicho, po wyjątkowo długiej chwili zwątpienia. Przytuliła do siebie książkę, jakby spodziewała się, że zostanie jej zaraz zabrana. Nawet jeśli przenieśli ją do nowego gabinetu, powiesili w szafie kilka nowych szat sędziowskich (jej, tylko jej!), to tak długo jak na głupim świstku porzuconym w szufladzie nie będzie jej podpisu - trwała w stanie lekkiego zawodowego zawieszenia.