03.08.2024, 23:33 ✶
Merlinie, tak bardzo nie chciała o tym słuchać.
Bolała ją sama perspektywa, że Brenna również poza pracą w Brygadzie narażała się na tak wielkie niebezpieczeństwo. I z tego, co słyszała, to znaczna większość przyjaciół rodziny czy samych krewnych już dawno wdepnęła w to bagno. Na boso. Wyglądało też na to, że ona również powoli zbierała się do przekroczenia linii brzegowej i wskoczenia tam na bombę. Ale ona zdecydowała, że zostanie w swoich ulubionych obcasach.
— Cóż, bardzo dobrze pomyślałaś — odparła momentalnie.
Była w stanie wyobrazić sobie swój gniew, jeśli dowiedziałaby się o całej sprawie z drugiej ręki albo, nie daj Merlinie, przeczytałaby o tym w gazecie. Ktoś na pewno skończyłby z monologiem na czterdzieści pięć minut i szlabanem na wychodzenie z Warowni. Choć… to chyba już nie były te czasy.
— Nie wiem jak do tego momentu radziliście sobie beze mnie. Ale teraz nie musicie już niczym martwić. Tylko uważajcie na mój grafik, bo w każdy czwartek mam wolne, nieważne czy to od pracy w antykwariacie czy od ratowania Londynu przed Jego wpływem.
Żartowanie z takich rzeczy już dawno weszło jej w krew. Z jakiegoś powodu przynosiło to dziwną ulgę; sprawiało, że odejmowało się całej sprawie tego oficjalnego wydźwięku i Tessa przez chwilę czuła się jakby zwyczajnie gawędziła z Brenną o pierdołach, tuż po obiedzie. Rzuciła to z wyraźnym przekąsem, ale była w tym też pewna nuta niepewności. Wolałaby, żeby w Zakonie było jak najmniej osób, jak najmniej ludzi, których znała i kochała, żeby…
— Brenna… — zaczęła nagle, kiedy puściła już twarz bratanicy i trzymała teraz dłonie na jej ramionach. Ścisnęła delikatnie jej barki, formując w ustach kolejne słowa. Wyglądało na to, jakby naprawdę trudno przechodziło jej to przez gardło. — Kochanie, powiedz mi czy… czy twój wujek… Czy Clemens też jest w to zamieszany?
Tessa zwyczajnie nie mogła powstrzymać się przed zadaniem tego, najwyraźniej, fundamentalnego pytania. Nie była pewna czy potwierdzenie jej przypuszczeń jakkolwiek wpłynęłoby na podjętą już decyzję. Choć… Nie, przecież wiedziała, że tak. Nie mogła pozwolić, żeby ten stary, zniedołężniały Longbottom brał wszystko na swoje barki. I nie, oczywiście, że nie mówiła o sobie.
Bolała ją sama perspektywa, że Brenna również poza pracą w Brygadzie narażała się na tak wielkie niebezpieczeństwo. I z tego, co słyszała, to znaczna większość przyjaciół rodziny czy samych krewnych już dawno wdepnęła w to bagno. Na boso. Wyglądało też na to, że ona również powoli zbierała się do przekroczenia linii brzegowej i wskoczenia tam na bombę. Ale ona zdecydowała, że zostanie w swoich ulubionych obcasach.
— Cóż, bardzo dobrze pomyślałaś — odparła momentalnie.
Była w stanie wyobrazić sobie swój gniew, jeśli dowiedziałaby się o całej sprawie z drugiej ręki albo, nie daj Merlinie, przeczytałaby o tym w gazecie. Ktoś na pewno skończyłby z monologiem na czterdzieści pięć minut i szlabanem na wychodzenie z Warowni. Choć… to chyba już nie były te czasy.
— Nie wiem jak do tego momentu radziliście sobie beze mnie. Ale teraz nie musicie już niczym martwić. Tylko uważajcie na mój grafik, bo w każdy czwartek mam wolne, nieważne czy to od pracy w antykwariacie czy od ratowania Londynu przed Jego wpływem.
Żartowanie z takich rzeczy już dawno weszło jej w krew. Z jakiegoś powodu przynosiło to dziwną ulgę; sprawiało, że odejmowało się całej sprawie tego oficjalnego wydźwięku i Tessa przez chwilę czuła się jakby zwyczajnie gawędziła z Brenną o pierdołach, tuż po obiedzie. Rzuciła to z wyraźnym przekąsem, ale była w tym też pewna nuta niepewności. Wolałaby, żeby w Zakonie było jak najmniej osób, jak najmniej ludzi, których znała i kochała, żeby…
— Brenna… — zaczęła nagle, kiedy puściła już twarz bratanicy i trzymała teraz dłonie na jej ramionach. Ścisnęła delikatnie jej barki, formując w ustach kolejne słowa. Wyglądało na to, jakby naprawdę trudno przechodziło jej to przez gardło. — Kochanie, powiedz mi czy… czy twój wujek… Czy Clemens też jest w to zamieszany?
Tessa zwyczajnie nie mogła powstrzymać się przed zadaniem tego, najwyraźniej, fundamentalnego pytania. Nie była pewna czy potwierdzenie jej przypuszczeń jakkolwiek wpłynęłoby na podjętą już decyzję. Choć… Nie, przecież wiedziała, że tak. Nie mogła pozwolić, żeby ten stary, zniedołężniały Longbottom brał wszystko na swoje barki. I nie, oczywiście, że nie mówiła o sobie.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you