11.01.2023, 17:36 ✶
Pokątna nie była szeroką ulicą, co nie ułatwiało poruszania się tam w tłumie ludzi. Prowadziła prostą ścieżką pod Bank Gringotta i dopiero tam gdziekolwiek się rozwidlała. Cud, że ludzie nie zaczęli demolować okolicznych witryn, by znaleźć gdzieś schronienie przed agresywnymi aktywistami i ich przeciwnikami. Wiele osób znalazło się tu przecież przez przypadek, trafiając w to miejsce w nieodpowiednim czasie, robiąc zakupy, lub po prostu wracając z pracy.
- Jeszcze? – zdziwił się, parskając śmiechem, bo wziął jego słowa za dowcip. Były żartem, prawda? W innym wypadku Fergus zacząłby się obawiać o swoje życie w towarzystwie Lestrange’a. Chociaż nie on pierwszy i pewnie nie ostatni groziłby mu czymkolwiek, biorąc pod uwagę, jak często Ollivander podpadał swoim kolegom. – Najprędzej aurorów – odkrzyknął mu, przysuwając się do ściany, by uniknąć zaklęcia, przed którym William się uchylił. Miał rację, uzdrowiciele też by się zapewne przydali. Już zaczynał im współczuć nadmiaru pracy w Mungu, gdy tylko całe to wydarzenie dobiegnie końca. Choć nie wyglądało na to, by tłum miał się w najbliższym czasie rozejść.
- Chciałem sprawdzić, co się dzieje – wyjaśnił, wciąż trzymając się bliżej ścian, na wypadek gdyby ktoś postanowił ich zaatakować i musieli się skryć w jakimś budynku. Widział jednak, że właściciele niektórych z nich zamykali drzwi na klucz, obawiając się wandalizmu i nieproszonych gości. Najbezpieczniej było się stąd po prostu ewakuować. – I tłum pociągnął mnie aż tutaj.
Przywalił z łokcia osobie, która uderzyła Lestrange’a. Przecież nikomu się nie naraził, próbując po prostu przepchać w kierunku przeciwnym do tego, w którym kierowali się protestujący. Może jednak w tym leżał cały problem, że poruszali się nie z prądem, a przeciwko niemu.
Fergusowi przeszło przez myśl, że może więcej by osiągnęli, wpadając do Ministerstwa Magii. To tam siedziały wszystkie osoby, które miałyby jakiś znaczący wpływ na aktualną sytuację charłaków. I może urzędnicy przestraszyliby się rozróby na tyle, by przystać na postulaty. Chociaż… z otwartego terenu chyba prościej uciec przed aurorami i Brygadą Uderzeniową.
- Musimy spróbować się przepchać – powiedział, tak jakby William sam się tego nie domyślił. Wymijał ludzi, odpychając się rękoma i uchylając przed kolejnymi lecącymi zaklęciami. Wychodząc ze sklepu z różdżkami, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Chciał tylko popatrzeć, posłuchać okrzyków i mądrych słów, a skończył między bijącymi się ludźmi.
Im bardziej się przepychał, tym bardziej miał wrażenie, że inni czarodzieje pchają go z powrotem. Nie był w stanie sprawdzić, czy drugi mężczyzna jest tuż za nim, bo zbyt mocno skupiał się na drodze i na tym, by ktoś nie znokautował go kijem lub innym przedmiotem. Banda jakiś chłopaków, w wieku chyba jeszcze szkolnym, zgarnęła kotły z wystawki jednego ze sklepów i waliła w nie niczym w bębny. Nawet uznałby to za zabawne, gdyby nie fakt, że już sobie wyobrażał, jak ktoś inny wykorzystuje je do znokautowania swojego przeciwnika.
- William? – upewnił się, obracając za siebie, gdy jego dłoń zacisnęła się na klamce jego własnego sklepu. Ktoś popchnął Fergusa, wpychając go na drzwi, ale wciąż starał się odnaleźć wzrokiem swojego towarzysza.
- Jeszcze? – zdziwił się, parskając śmiechem, bo wziął jego słowa za dowcip. Były żartem, prawda? W innym wypadku Fergus zacząłby się obawiać o swoje życie w towarzystwie Lestrange’a. Chociaż nie on pierwszy i pewnie nie ostatni groziłby mu czymkolwiek, biorąc pod uwagę, jak często Ollivander podpadał swoim kolegom. – Najprędzej aurorów – odkrzyknął mu, przysuwając się do ściany, by uniknąć zaklęcia, przed którym William się uchylił. Miał rację, uzdrowiciele też by się zapewne przydali. Już zaczynał im współczuć nadmiaru pracy w Mungu, gdy tylko całe to wydarzenie dobiegnie końca. Choć nie wyglądało na to, by tłum miał się w najbliższym czasie rozejść.
- Chciałem sprawdzić, co się dzieje – wyjaśnił, wciąż trzymając się bliżej ścian, na wypadek gdyby ktoś postanowił ich zaatakować i musieli się skryć w jakimś budynku. Widział jednak, że właściciele niektórych z nich zamykali drzwi na klucz, obawiając się wandalizmu i nieproszonych gości. Najbezpieczniej było się stąd po prostu ewakuować. – I tłum pociągnął mnie aż tutaj.
Przywalił z łokcia osobie, która uderzyła Lestrange’a. Przecież nikomu się nie naraził, próbując po prostu przepchać w kierunku przeciwnym do tego, w którym kierowali się protestujący. Może jednak w tym leżał cały problem, że poruszali się nie z prądem, a przeciwko niemu.
Fergusowi przeszło przez myśl, że może więcej by osiągnęli, wpadając do Ministerstwa Magii. To tam siedziały wszystkie osoby, które miałyby jakiś znaczący wpływ na aktualną sytuację charłaków. I może urzędnicy przestraszyliby się rozróby na tyle, by przystać na postulaty. Chociaż… z otwartego terenu chyba prościej uciec przed aurorami i Brygadą Uderzeniową.
- Musimy spróbować się przepchać – powiedział, tak jakby William sam się tego nie domyślił. Wymijał ludzi, odpychając się rękoma i uchylając przed kolejnymi lecącymi zaklęciami. Wychodząc ze sklepu z różdżkami, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Chciał tylko popatrzeć, posłuchać okrzyków i mądrych słów, a skończył między bijącymi się ludźmi.
Im bardziej się przepychał, tym bardziej miał wrażenie, że inni czarodzieje pchają go z powrotem. Nie był w stanie sprawdzić, czy drugi mężczyzna jest tuż za nim, bo zbyt mocno skupiał się na drodze i na tym, by ktoś nie znokautował go kijem lub innym przedmiotem. Banda jakiś chłopaków, w wieku chyba jeszcze szkolnym, zgarnęła kotły z wystawki jednego ze sklepów i waliła w nie niczym w bębny. Nawet uznałby to za zabawne, gdyby nie fakt, że już sobie wyobrażał, jak ktoś inny wykorzystuje je do znokautowania swojego przeciwnika.
- William? – upewnił się, obracając za siebie, gdy jego dłoń zacisnęła się na klamce jego własnego sklepu. Ktoś popchnął Fergusa, wpychając go na drzwi, ale wciąż starał się odnaleźć wzrokiem swojego towarzysza.