05.08.2024, 15:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2024, 15:13 przez Brenna Longbottom.)
zgarniam tacę, nakładam na niej dużo jedzenia i zaczynam podtykać ją ludziom pod nos, zaczynając od Millie, schodzącej z parkietu
Ponieważ Thomas rzucił się nurkować za czapką, Brenna wyszła na brzeg jako pierwsza i złapała brzeg swojej koszulki, aby wyżąć ją trochę z wody. Ponieważ zapadł już zmrok, po wydostaniu się z wody było chłodno – na szczęście jednak do lodowatego zimna trochę brakowało.
– O nie, mam plany być znacznie bardziej okrutna – odparła Thomasowi, kiedy do niej dołączył. – Nie będę ich topić, to byłoby za proste: będę gorsza i zacznę im proponować jedzenie – powiedziała, posyłając mu uśmiech rasowego okrutnika.
Ciepłe powietrze, wyczarowane przez Figga, owiało ich, wysuszyło wodę ze skóry, sprawiło, że koszulki z bardzo, bardzo mokrych, stały się tylko wilgotne. Brenna odgarnęła z twarzy włosy – wciąż trochę lepiły się do szyi i policzków, ale nie ociekały już wodą. Na ustach wciąż czuła smak soli, zapach słonej wody pozostał i na częściowo wysuszonym obraniu.
– W namiocie są koce, jakby nadal ci było zimno. Czapka ocalała? Bo jakby co, to jest tam jeszcze kilka – spytała, po czym ruszyła po piasku, z powrotem w stronę kocyków i stołów. Zgarnęła tacę, wrzuciła na nią kilka małych kanapek, koreczków z sera, do tego jabłka – jedno zaklęcie i opadły w cząstkach, jak dać komuś jabłko, to mu się nie chce go obrać, ale jak podsunąć takie pokrojone, to zwykle się brało odruchowo, i oczywiście kilka kiełbasek, też je pocięła na połówki, ale na całe szczęście, zdołała powstrzymać się przed przerobieniem kanapek na żołnierzyki (chociaż i tak te były już niewielkie). Nie było nic dziwnego w tym, że wszyscy (poza Alkiem, on nigdy nie zawodził, Brenna miała zamiar zaraz naszykować wielkie pudełko pełne kanapek z grillowanym boczkiem, no przecież nie wrzucą tego całego żarcia do morza) rzucili się na drinki i ignorowali jedzenie, ale tak postanowiła przynajmniej spróbować przypomnieć im o słynnym grillu Figgów. – Masz ochotę, Thomas? - spytała, podsuwając mu jedzenie. -- Millie! – zawołała, gdy drugi Thomas skończył taniec… z no widmem, ale sylwetka Moody zamajaczyła, bo eliksir nie był ani idealny, ani długotrwały. Brenna ruszyła w jej stronę. Może nie byłaby tak bezczelna, ale muszla działała, i Brenna stała się jakoś podwójne zdeterminowana, we wszystkim. Też w misji zachęcania Millie do jedzenia. A i Eden jakoś tak wyglądała, jakby jej trzeba było wepchnąć kolację do ust, bo pewnie nie zjadła jej, obiadu i śniadania, ręce mając zajęte liczeniem pieniędzy. – Spróbujesz? Tommy tu stworzył nowy wynalazek, testuję, czy udało się mu idealnie wypiec kiełbaski, czy jednak coś poszło nie tak.
Ponieważ Thomas rzucił się nurkować za czapką, Brenna wyszła na brzeg jako pierwsza i złapała brzeg swojej koszulki, aby wyżąć ją trochę z wody. Ponieważ zapadł już zmrok, po wydostaniu się z wody było chłodno – na szczęście jednak do lodowatego zimna trochę brakowało.
– O nie, mam plany być znacznie bardziej okrutna – odparła Thomasowi, kiedy do niej dołączył. – Nie będę ich topić, to byłoby za proste: będę gorsza i zacznę im proponować jedzenie – powiedziała, posyłając mu uśmiech rasowego okrutnika.
Ciepłe powietrze, wyczarowane przez Figga, owiało ich, wysuszyło wodę ze skóry, sprawiło, że koszulki z bardzo, bardzo mokrych, stały się tylko wilgotne. Brenna odgarnęła z twarzy włosy – wciąż trochę lepiły się do szyi i policzków, ale nie ociekały już wodą. Na ustach wciąż czuła smak soli, zapach słonej wody pozostał i na częściowo wysuszonym obraniu.
– W namiocie są koce, jakby nadal ci było zimno. Czapka ocalała? Bo jakby co, to jest tam jeszcze kilka – spytała, po czym ruszyła po piasku, z powrotem w stronę kocyków i stołów. Zgarnęła tacę, wrzuciła na nią kilka małych kanapek, koreczków z sera, do tego jabłka – jedno zaklęcie i opadły w cząstkach, jak dać komuś jabłko, to mu się nie chce go obrać, ale jak podsunąć takie pokrojone, to zwykle się brało odruchowo, i oczywiście kilka kiełbasek, też je pocięła na połówki, ale na całe szczęście, zdołała powstrzymać się przed przerobieniem kanapek na żołnierzyki (chociaż i tak te były już niewielkie). Nie było nic dziwnego w tym, że wszyscy (poza Alkiem, on nigdy nie zawodził, Brenna miała zamiar zaraz naszykować wielkie pudełko pełne kanapek z grillowanym boczkiem, no przecież nie wrzucą tego całego żarcia do morza) rzucili się na drinki i ignorowali jedzenie, ale tak postanowiła przynajmniej spróbować przypomnieć im o słynnym grillu Figgów. – Masz ochotę, Thomas? - spytała, podsuwając mu jedzenie. -- Millie! – zawołała, gdy drugi Thomas skończył taniec… z no widmem, ale sylwetka Moody zamajaczyła, bo eliksir nie był ani idealny, ani długotrwały. Brenna ruszyła w jej stronę. Może nie byłaby tak bezczelna, ale muszla działała, i Brenna stała się jakoś podwójne zdeterminowana, we wszystkim. Też w misji zachęcania Millie do jedzenia. A i Eden jakoś tak wyglądała, jakby jej trzeba było wepchnąć kolację do ust, bo pewnie nie zjadła jej, obiadu i śniadania, ręce mając zajęte liczeniem pieniędzy. – Spróbujesz? Tommy tu stworzył nowy wynalazek, testuję, czy udało się mu idealnie wypiec kiełbaski, czy jednak coś poszło nie tak.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.