Leonard poszedł się przebrać. Czekając na jego powrót, Richard podciągnął temat dziewczyny młodszego syna. Przedstawiła się jako "Bre", skrót od imienia Brenna. A że Richard na jednym tajnym spotkaniu z bratem widział zdjęcia brygadzistów i aurorów, nie mógłby się pomylić, że była to panna Longbottom. Widział ją na Lammas. Czy powinien syna uświadomić o tym, aby lepiej byłoby, gdyby trzymał od niej z daleka?
- To najważniejsze.Odparł jedynie w sprawie stwierdzenia, że wspomniana koleżanka Charlesa, nie nosi się jak mugolak. Strój jednak był rzeczą drugorzędną. Choć równie ważny, to jednak pochodzenie i poglądy miały znaczenie.
Nic więcej nie dodał w tym temacie, kiedy i Sophie udzieliła odpowiedzi. Ponieważ w tym czasie na stole jadalnym niespodziewanie, wylądowała sowa z listem. Ptak zatrzymał się na niezastawionej części stołu jadalnego. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, kogo niesie z wieściami tak wcześnie z rana. Tym zaś zaniepokoiła się Sophie, pytając od razu o swojego ojca. Z sowy przeniósł spojrzenie na bratanicę, po czym znów na sowę.
- Jest zdrowy. Nie masz się czym przejmować Sophie. Siedź, odbiorę list.Rzucił krótko, stanowczo, zdecydowanie. Tym samym zakomunikował, wstając ze swojego miejsca. Wyminął stół od strony Sophie, gdzie siedziała. Podszedł do ptaka i odebrał od niego list, spojrzawszy na charakter pisma. "Łaskawca przypomniał sobie nagle, że ma brata?" – stwierdził w myślach. Słysząc kroki, obejrzał się, dostrzegając w końcu wracającego i ubranego Leonarda.
Chciał już przegonić sowę z jadalni, aby mogli w końcu zjeść śniadanie. Żeby mógł przekazać im informację o nieobecności Roberta i Lorien. Nie mogło być jednak tak idealnie.
Do jadalni, wleciała druga sowa.
Przeklął, wyraźnie nerwowy. Zwrócił się do drugiej sowy, odbierając od niej list. Kolejny znany mu charakter pisma. "Się kurwa dobrali…" – stwierdził w myślach, patrząc teraz na dwie koperty, na których znajdowało się jego imię, na jednej kopercie napisane przez Roberta, na drugiej przez Stanleya.
- Jedzcie śniadanie.
Polecił dzieciakom, jeżeli byli już wszyscy w komplecie, niech jedzą i piją póki ciepłe. W tym czasie Richard przegonił sowy z jadalni. Przez parę sekund jeszcze wpatrywał się w wyjście z pomieszczenia, upewniając się, czy nie wleci mu kolejna sowa, albo i chmara ich.
- Robert i Lorien wyjechali na urlop. Może nie być ich tydzień, jeśli nie dłużej.
Zakomunikował, wracając na swoje miejsce, siadając. Tak przypuszczał, tak podpowiadała mu intuicja. Przypominając sobie ostatnią rozmowę z bratem. Dopiero go oświeciło. Dlatego Robert pytał o czas, jaki Charles dostał na... wyprowadzkę.
Jeżeli mieli pytania, odpowiedziałby im jeszcze zanim zaczął czytać listy.
Otworzył jeden list, ten od Stanleya. Krótki, informacyjny. Chciał się spotkać. Będzie musiał zmienić plany dzieciakom. Postanowił to zostawić na koniec. Schował list do koperty. Tę złożył na pół, chowając zaraz do tylnej kieszeni spodni.
List od Roberta zdawał się mieć w sobie coś więcej. Jeżeli młodzież skupiona była na jedzeniu śniadania i wzajemnej rozmowie, otworzył list i zaczął czytać.
"Twój syn w międzyczasie zdołał najwyraźniej wywinąć kolejny numer…" – przy czytaniu tych słów, Richard oparł się prawym łokciem o blat stołu, a na dłoni czoło. Kolejny problem, zawód, nerwy i nasilający się ból głowy. Czytał dalej.
…"myślę, że dobrym posunięciem mogłyby okazać się oficjalne przeprosiny w gazecie. Chociażby w Proroku Codziennym…" – przy tym fragmencie zatrzymał się na dłużej, czytając go ponownie. Nie wierzył. "Ochujał? Czy zamienił się mózgami z Alexandrem?" – normalnie nie wiedział, co myśleć i najchętniej wysłałby to pytanie bratu gdziekolwiek kurwa teraz był. Jak już o tym pomyślał, zwrócił uwagę na dopisek. "Jebana Francja…" – na myśl o tym, złożył list, wziął kubek z kawą i upił solidne dwa duże łyki. Za wcześnie było na alkohol.
Jeżeli ze strony dzieci padały jakieś pytania podczas jego skupienia w czytaniu listów, ignorował. Nawet mógł nie zwracać uwagi na to, o czym między sobą mogli rozmawiać.
Wyjął z tej samej Robertowej koperty załączony kolejny list. Od Lorraine Malfoy. Zaczął czytać. Linijka po linijce. Akapit, po akapicie. To było już chyba apogeum. Gdy skończył, złożył list, schował do koperty. Tę złożył na pół i podobnie jak poprzednią, schował do tylnej kieszeni spodni. Dzieciaki nie miały prawa widzieć ich treści. Przetarł dłońmi twarz, opierając się znów łokciami o blat stołu. Zaczął masować skronie.
- Leonard. Daj mi coś na ból głowy, bo zaraz mi chyba mózg eksploduje.Zwrócił się do starszego syna. Alkohol w nocy, te dwa listy z rana, to było za dużo. Niezależnie od tego, czy wykona polecenie. Richard skierował swoje pytanie zaraz do młodszego.
- Charles… ile masz jeszcze zamówień na durnowate świeczki?
Zapytał nieco ostrzej. Tak. Wyglądało na to, że ten problem wciąż za nimi się ciągnął. I najwyraźniej mógł być poruszony w jednym z listów. Richard nie zamierzał jednak zdradzać szczegółów treści.
Deadline odpisów: 9.08 (piątek), północ / dowolna kolejka, 1 post na turę