06.08.2024, 11:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 16:03 przez Anthony Shafiq.)
– Człowiekiem silnej woli? Przy Tobie? Niewykonalne. – Tak, zdecydowanie był zmęczony. Słowa same wypadały mu z ust, słowa lepkie jak miód, wysycone ciepłem i uwielbieniem, które rzeczywiście latami konsekwentnie maskował, zwłaszcza w Anglii, pocieszając się w duchu nadchodzącym terminem kolejnego spotkania. A gdy tegoż zabrakło, maski przychodziły łatwiej wzmocnione goryczą i uniesioną dumą człowieka odrzuconego. I teraz... obawą, że nieoczekiwanie odzyskana bliskość pierzchnie, jeśli zrobi jakikolwiek fałszywy krok, powie słowo nie w tą stronę, zdanie, które sprawi, że siedzący przy nim mężczyzna spłoszy się i równie nagle jak pojawił się w jego życiu, tak zniknie bezpowrotnie.
Ale był zmęczony, był po bardzo emocjonującym niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu wieczorze, był pod wpływem sporej dawki rozmiękczających tak ciało, jak ducha eliksirów. W normalnych okolicznościach nie dałby się nikomu oglądać w tak upokarzającym stanie. W normalnych okolicznościach ukryłby się w Little Hangleton, w swojej bezpiecznej jamie i przeczekał, aż siły witalne wrócą, aż będzie mógł znów trzymać mocno nad sobą kontrolę. Ale to był Erik, jego Erik, ten, przy którym zdarzało mu się odpuszczać wszystko, oddawać ruch i wolę w zaufaniu tak częstym, jak jego obecność na deskach jednostek pływających.
– Raczej żadna łódź. Raczej żadna... – korygował niezobowiązująco, nie mogąc oderwać oczu od swojego rozmówcy, który zdawał się być coraz bardziej rozluźniony w roztaczaniu zaczepno-gnębiących wizji. Możliwe, że dyplomata znudzony zastałym życiem lubił igrać z ogniem. Możliwe, że tak jak przed miesiącem tłumaczył Jasperowi, potrzebne mu było jakieś pobudzenie, adrenalina, strach. Przecież zgodził się bez namysłu, aby po spektaklu iść na łódkę Longbottoma, choć istniała spora szansa, że nie będzie w stanie myśleć na jej pokładzie o niczym innym, jak o tym, że ta rychło zatonie. Może chciał sprawdzić, czy jego serce byłoby w stanie bić jeszcze szybciej, gdy strach zmieszany z pożądaniem pozbawiłyby go kolejno możliwości chodzenia, może też mówienia, może też myślenia.
Podobnie było teraz, gdy Erik zupełnie nieświadomie przedstawiał scenariusz jednego z jego najgorszych koszmarów, tego w którym tajemnice przeszłości są wygrzebywane i roztrząsane na wizengamockiej wokandzie. Rozczarowanie w oczach Erika, zranienie go... zdarzało mu się o tym śnić i błąkający się w obecnej chwili uśmiech po twarzy detektywa w żadnej mierze nie oddawał chłodu i niechęci, które potrafił wygenerować umysł Anthony'ego nocą, gdy budziły się jego demony. Ale słuchał tego i nie czuł strachu, zupełnie jak podczas jakiegoś spektaklu. Obracał się w świecie iluzji, gry w którą grali kiedyś regularnie, nawet jeśli terminami zabawy nie można było ustawiać zegarka, a kalendarz.
– Rzucanie się na mojego ulubionego funkcjonariusza Brygady Uderzeniowej? Panie władzo, jestem beznadziejnym recydywistą. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jego oszałamiająca aura odbiera zdolności jakiegokolwiek logicznego myślenia – mruczał mu dalej, bezczelnie zbijając szpilki miękkimi poduszkami zachwytu jego osobą, ciekaw czy mogliby tak odbijać piłeczkę do rana, kto pierwszy by spasował w tej nieco dziwnej przepychance.
A potem coś zmieniło się w powietrzu, jego prośba o zmianę ułożenia przyniosła swoje słodkie owoce. Oczekiwane, upragnione, a jednak wciąż... Gdy Erik ujął twarz Anthony'ego w pokoju jedynym źródłem światła była tylko dogasająca czerwona łuna żarzących się w kominku drew. Mimo to, mógł dostrzec odbijającą się w stalowych oczach niepewność, zdziwienie, które przecież nie powinno już mieć miejsca, ale byľo w nim, ukorzenione dwuletnim brakiem kontaktu, ukorzenione konsekwentnym kłamstwem o braku emocjonalnego zaangażowania. Obaj dotąd poruszali się po wspomnieniach, porównując jak było kiedyś, jak jest teraz, co było nowego, co starego, eksplorowali ostrożnie otwierające się możliwości, omijając wciąż konfrontowanie się z tym, co pozostało w nich bolesne i niedookreślone. Ale to wszystko kruszało w miękkim, łagodnym dotyku inicjującym nowy czas, ich nowy początek. To wszystko kruszało w wargach odciskających się na wargach, we wrażeniu, które sprawiało, że tak łatwo można było zapominieć o konieczności oddychania.
Anthony moment trwał w bezruchu, by w końcu przymknąć powieki, by zaciągnąć się mocno otaczającym go zapachem bijącym od odsłoniętego ciała ukochanego i pogłębić pocałunek, odpowiedzieć, naprzeć i poddać się wrażeniu wszechogarniającej euforii. Dłońmi odnalazł jego twarz, palcami zjechał przez szorstkie policzki do karku, ciałem chciał znaleźć jego ciało, zniecierpliwienie popychało go do zmiany ułożenia i wtedy przyszedł impuls oraz bardzo sugestywne przypomnienie tępego, przebijającego się przez działania eliksiru bólu. Napiął się i stłumił stęknięcie, kuląc się odruchowo, opierając czołem o bark swojego towarzysza.
– Wybacz – szepnął w zażenowaniu własną słabością, płytko łapiąc oddech, bo z równowagą mógłby już sobie bez podparcia nie poradzić.
Ale był zmęczony, był po bardzo emocjonującym niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu wieczorze, był pod wpływem sporej dawki rozmiękczających tak ciało, jak ducha eliksirów. W normalnych okolicznościach nie dałby się nikomu oglądać w tak upokarzającym stanie. W normalnych okolicznościach ukryłby się w Little Hangleton, w swojej bezpiecznej jamie i przeczekał, aż siły witalne wrócą, aż będzie mógł znów trzymać mocno nad sobą kontrolę. Ale to był Erik, jego Erik, ten, przy którym zdarzało mu się odpuszczać wszystko, oddawać ruch i wolę w zaufaniu tak częstym, jak jego obecność na deskach jednostek pływających.
– Raczej żadna łódź. Raczej żadna... – korygował niezobowiązująco, nie mogąc oderwać oczu od swojego rozmówcy, który zdawał się być coraz bardziej rozluźniony w roztaczaniu zaczepno-gnębiących wizji. Możliwe, że dyplomata znudzony zastałym życiem lubił igrać z ogniem. Możliwe, że tak jak przed miesiącem tłumaczył Jasperowi, potrzebne mu było jakieś pobudzenie, adrenalina, strach. Przecież zgodził się bez namysłu, aby po spektaklu iść na łódkę Longbottoma, choć istniała spora szansa, że nie będzie w stanie myśleć na jej pokładzie o niczym innym, jak o tym, że ta rychło zatonie. Może chciał sprawdzić, czy jego serce byłoby w stanie bić jeszcze szybciej, gdy strach zmieszany z pożądaniem pozbawiłyby go kolejno możliwości chodzenia, może też mówienia, może też myślenia.
Podobnie było teraz, gdy Erik zupełnie nieświadomie przedstawiał scenariusz jednego z jego najgorszych koszmarów, tego w którym tajemnice przeszłości są wygrzebywane i roztrząsane na wizengamockiej wokandzie. Rozczarowanie w oczach Erika, zranienie go... zdarzało mu się o tym śnić i błąkający się w obecnej chwili uśmiech po twarzy detektywa w żadnej mierze nie oddawał chłodu i niechęci, które potrafił wygenerować umysł Anthony'ego nocą, gdy budziły się jego demony. Ale słuchał tego i nie czuł strachu, zupełnie jak podczas jakiegoś spektaklu. Obracał się w świecie iluzji, gry w którą grali kiedyś regularnie, nawet jeśli terminami zabawy nie można było ustawiać zegarka, a kalendarz.
– Rzucanie się na mojego ulubionego funkcjonariusza Brygady Uderzeniowej? Panie władzo, jestem beznadziejnym recydywistą. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jego oszałamiająca aura odbiera zdolności jakiegokolwiek logicznego myślenia – mruczał mu dalej, bezczelnie zbijając szpilki miękkimi poduszkami zachwytu jego osobą, ciekaw czy mogliby tak odbijać piłeczkę do rana, kto pierwszy by spasował w tej nieco dziwnej przepychance.
A potem coś zmieniło się w powietrzu, jego prośba o zmianę ułożenia przyniosła swoje słodkie owoce. Oczekiwane, upragnione, a jednak wciąż... Gdy Erik ujął twarz Anthony'ego w pokoju jedynym źródłem światła była tylko dogasająca czerwona łuna żarzących się w kominku drew. Mimo to, mógł dostrzec odbijającą się w stalowych oczach niepewność, zdziwienie, które przecież nie powinno już mieć miejsca, ale byľo w nim, ukorzenione dwuletnim brakiem kontaktu, ukorzenione konsekwentnym kłamstwem o braku emocjonalnego zaangażowania. Obaj dotąd poruszali się po wspomnieniach, porównując jak było kiedyś, jak jest teraz, co było nowego, co starego, eksplorowali ostrożnie otwierające się możliwości, omijając wciąż konfrontowanie się z tym, co pozostało w nich bolesne i niedookreślone. Ale to wszystko kruszało w miękkim, łagodnym dotyku inicjującym nowy czas, ich nowy początek. To wszystko kruszało w wargach odciskających się na wargach, we wrażeniu, które sprawiało, że tak łatwo można było zapominieć o konieczności oddychania.
Anthony moment trwał w bezruchu, by w końcu przymknąć powieki, by zaciągnąć się mocno otaczającym go zapachem bijącym od odsłoniętego ciała ukochanego i pogłębić pocałunek, odpowiedzieć, naprzeć i poddać się wrażeniu wszechogarniającej euforii. Dłońmi odnalazł jego twarz, palcami zjechał przez szorstkie policzki do karku, ciałem chciał znaleźć jego ciało, zniecierpliwienie popychało go do zmiany ułożenia i wtedy przyszedł impuls oraz bardzo sugestywne przypomnienie tępego, przebijającego się przez działania eliksiru bólu. Napiął się i stłumił stęknięcie, kuląc się odruchowo, opierając czołem o bark swojego towarzysza.
– Wybacz – szepnął w zażenowaniu własną słabością, płytko łapiąc oddech, bo z równowagą mógłby już sobie bez podparcia nie poradzić.