06.08.2024, 14:48 ✶
–[Font=Fondamento]Depulso! – Na sekundy przed splugawieniem skóry przez kontakt z lepką mazią pokrywającą utopca, na wieczność w zastygłym przerażeniu, którym tak na prawdę sycił się potwór z jakim przyszło się Jessie'emu zmierzyć, rozbrzmiał głos zza pleców chłopaka, wyrzucający potwora prosto w miejsce z którego wypełzł.
– No nie wierzę, czego Was w tym Hogwarcie uczą, będę musiał poważnie porozmawiać z Twoją matką, to nie może tak być... – w lekkiej irytacji wyrzucił z siebie Anthony, który objął Jaspera opiekuńczo, otaczając zapachem kadzidła, dymu i rozgrzanego piasku w absolutnej opozycji, do duszącej wodnistej toni. Różdżkę miał cały czas uniesioną, zdobiony biały cis lśnił rozbłyskiem niedawnej magii. Mężczyzna otarł bark chłopaka, jakby chciał go rozgrzać, a potem płynnym ruchem przeniósł ramię przed niego i odepchnął go trochę za siebie, czekając na charakterystyczne skrzypienie wózka.
– Strach to potężne narzędzie. Znaj swój strach, wiedz jak go ośmieszyć. Jak przejść ponad nim. To może być narzędzie do tego, by Cię zmanipulować, nie możesz dać mu się zdominować – instruował go cicho, a następnie uśmiechnął się ponuro patrząc w ciemny kąt, w którym teraz poczwara kotłowała się, by przyjąć nową formę. W końcu przestrzeń zaskrzypiała. Na drewnianym wózku, zniszczonym i biednym wyjechał skarłowaciały chorobą człowiek, a raczej to co z niego pozostało. Biała podarta koszula przytułku, wisiała na kościach obciągniętych skórą, przydługie spłowiałe włosy okalały nienaturalnie pochudłą, wykrzywioną twarz. Z rozchylonych bladych warg wyciekała ślina, ale oczy... stalowe oczy utkwione były oskarżycielsko w Anthonym, nawet jeśli sparaliżowany język nie był w stanie powiedzieć nic.
Anthony napiął się, choć twarz zachowała maskę lekceważenia. Bogin był rzeczywisty, aura wokół niego zdawała się uprzejmie informować zainteresowanego, jak będzie wyglądać jego przyszłość. Zasuszone ciało, sprawny umysł pozostający w klatce, pogrążający się w odmętach szaleństwa więzienia z którego nie da się uciec.
– Co mam z nim zrobić Jasper? Jak nas może dziś rozbawić ta kukła? – był ciekaw inwencji chłopaka, teraz, gdy przerażenie nie dotykało jego największych lęków. – Musisz się pospieszyć, wózek podąża wolno, ale nieuchronnie. – jak czas, tykające wskazówki tnące osnowę rzeczywistości plasterek po plasterku... tik tak tik tak czas ucieka, a Ty jesteś coraz słabszy...
– No nie wierzę, czego Was w tym Hogwarcie uczą, będę musiał poważnie porozmawiać z Twoją matką, to nie może tak być... – w lekkiej irytacji wyrzucił z siebie Anthony, który objął Jaspera opiekuńczo, otaczając zapachem kadzidła, dymu i rozgrzanego piasku w absolutnej opozycji, do duszącej wodnistej toni. Różdżkę miał cały czas uniesioną, zdobiony biały cis lśnił rozbłyskiem niedawnej magii. Mężczyzna otarł bark chłopaka, jakby chciał go rozgrzać, a potem płynnym ruchem przeniósł ramię przed niego i odepchnął go trochę za siebie, czekając na charakterystyczne skrzypienie wózka.
– Strach to potężne narzędzie. Znaj swój strach, wiedz jak go ośmieszyć. Jak przejść ponad nim. To może być narzędzie do tego, by Cię zmanipulować, nie możesz dać mu się zdominować – instruował go cicho, a następnie uśmiechnął się ponuro patrząc w ciemny kąt, w którym teraz poczwara kotłowała się, by przyjąć nową formę. W końcu przestrzeń zaskrzypiała. Na drewnianym wózku, zniszczonym i biednym wyjechał skarłowaciały chorobą człowiek, a raczej to co z niego pozostało. Biała podarta koszula przytułku, wisiała na kościach obciągniętych skórą, przydługie spłowiałe włosy okalały nienaturalnie pochudłą, wykrzywioną twarz. Z rozchylonych bladych warg wyciekała ślina, ale oczy... stalowe oczy utkwione były oskarżycielsko w Anthonym, nawet jeśli sparaliżowany język nie był w stanie powiedzieć nic.
Anthony napiął się, choć twarz zachowała maskę lekceważenia. Bogin był rzeczywisty, aura wokół niego zdawała się uprzejmie informować zainteresowanego, jak będzie wyglądać jego przyszłość. Zasuszone ciało, sprawny umysł pozostający w klatce, pogrążający się w odmętach szaleństwa więzienia z którego nie da się uciec.
– Co mam z nim zrobić Jasper? Jak nas może dziś rozbawić ta kukła? – był ciekaw inwencji chłopaka, teraz, gdy przerażenie nie dotykało jego największych lęków. – Musisz się pospieszyć, wózek podąża wolno, ale nieuchronnie. – jak czas, tykające wskazówki tnące osnowę rzeczywistości plasterek po plasterku... tik tak tik tak czas ucieka, a Ty jesteś coraz słabszy...