07.08.2024, 11:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2024, 11:55 przez Anthony Shafiq.)
Anthony byłby bardzo rozbawiony znając myśli Elliota. Mimo różnicy wieku odebrali podobne wykształcenie i zestaw umiejętności przekazywany z ojca na syna. Emocjonalny dystans i niedostępność oraz pogarda do słabości okazywanej zeszklonymi oczyma czy drżeniem ramion znajdował się w podstawowej skrzynce narzędziowej kogoś, kto chciałby cokolwiek w polityce osiągnąć. Wrażliwość tylko czasem dobrze wyglądała na zdjęciach, ludzie potrzebowali pewności i silnej ręki, aby czuć się bezpiecznie. Ludzie nie podążali za kimś, kto w słowach i gestach jest niestabilny. Ludzie lgnęli do ekstrawertycznego światła osób, które decydowały za nich. Dlatego też Shafiq uciekł światu pół roku temu, uciekł mu przez niemal cały lipiec i złożyło się zupełnym przypadkiem, że powrócił do niego szybciej niż jego rozmówca. Inaczej zapewne... nie rozmawialiby dzisiaj. Nie lśniłby w rozmowie, a ukrywał się w Little Hangleton przed oceną i naruszeniem swojej reputacji.
– Czasu na oskarżycielskie komentarze mamy pod dostatkiem mój drogi, a i moje ucho chętnie posłucha Twoich dąsów w tej materii tak długo, jak nie odbije się to na mojej wypłacie – zażartował lekko, ciesząc się, że nie ma w okolicy jego zastępcy, którego frustracja powoli przekraczała dopuszczalne normy, coraz częściej więc ulewało mu się na temat chronicznej nieobecności Anthony'ego w biurze. Shafiq nazywał to co prawda "pracą w terenie" i rzeczywiście kilkanaście, czy kilkadziesiąt spotkań w sprawie Kambodży zostało przez niego zaaranżowanych i przeprowadzonych, wiele jednak czasu pożytkował na inne aktywności, niekoniecznie z ministerialną pracą związane.
Wsłuchiwał się w odpowiedź z uwagą i należycie okazywanym szacunkiem, nawet jeśli był pełni świadomy, że to wystudiowane kwestie. Nie miał w żadnej mierze swojemu gościowi tego za złe. Wręcz przeciwnie, lubił Elliota przez wzgląd na podobieństwa między nimi, wszystkie te które w nim dostrzegał, lub które życzeniowo chciał widzieć. Kształt masek, błysk w oku i ta chłodna kalkulacja przesłonięta wystudiowanymi gestami, ścieżkami dialogów rozmów, które odbyły się już wcześniej w ich głowach, a potem pozostawało tylko je odtwarzać dostosowując się do reakcji rozmówcy. Poruszali się w tej subtelnej grze świateł z gracją francuskich baletmistrzów, rozliczając jak w baroku wszelkie afekty ruchem palców, ułożeniem dłoni, profilowaniem uśmiechu, przekrzywieniem głowy pod odpowiednim kątem. Choć Shafiq dzięki magii dysponował wszystkimi językami świata, przy Malfoy'u czuł się o tyle komfortowo wiedząc, że w tym konkretnym przypadku realnie mówią tym samym językiem misternie ułożonego bukietu białych oleandrów.
– Jeśli czegokolwiek będzie Wam trzeba... – umilkł, w tej cichej obietnicy, którą rzeczywiście miał na myśli, ale która też kończyła temat, jeśli Elliot nie miałby ochoty go kontynuować. Nie zamierzał forsować zwierzeń, szukać sensacji. Dawał przestrzeń, dbał o komfort i aurę zaufania. Tak dawno nie rozmawiali ze sobą otwarcie.
– Tak jak wino zawiera w sobie prawdę, tak herbata niesie mądrość. Sądzę, że w dzisiejszych niespokojnych czasach zdecydowanie potrzebujemy obu. Może powinienem z tym poczekać, ale szalenie ciekawe jestem Twojego wyboru, a odniesienie do notatek Twojego dziadka tylko pobudziło moją ciekawość. Zaraz wezwę Wergiliusza ale najpierw... – Uniósł i swój kieliszek pochylając się ku Elliotowi. Zabawne, że mugole wiele dekad uważali, że uderzanie o siebie szkła było eleganckie. Nie mieli absolutnie świadomości, że gest ten rozładowywał energię, a przede wszystkim rozpraszał negatywne sploty, odsuwając od tych, którzy wznosili toast niepotrzebny nadmiar.
– Za owocne spotkanie.
Wino było przyjemne i stonowane. Pomimo swojej wytrawności niosło lekko brzoskwiniowy i morelowy posmak, pozostawiając po sobie aksamitny, maślany finisz. Wiekowe szczepy Viury i Malvasii dawały wrażenia pełni, choć też mogły wprawić w zakłopotanie, wszak winnica Anthony'ego leżała we Francji, nie Hiszpanii. Malfoy miał też przez lata dostęp do roczników wina z Domu Smoka i żaden z nich nie smakował w ten sposób. Być może był to tylko słoneczny kaprys gospodarza, chęć odmiany.
– Jest to jeden z aspektów, który preferuje ponad spotkania w biurze. Raz, że nikt tu nie wejdzie, nie przeszkodzi nam w rozmowie, ale dwa... zdecydowanie lepiej rozmawia się o czymkolwiek przy kieliszku dobrego wina. – Opuszkami palców przetarł dolną wargę, skupiając na moment wzrok na stalowym sygnecie z celtyckim symbolem ochronnym, na serdecznym palcu lewej dłoni, który ni jak nie pasował ani do tego w co był ubrany, ani do tego jakie błyskotki preferował. Na prawym najmniejszym palcu lśnił złotem pierścień z emblematem jego Departamentu, zamiast rodu. Cóż, Elliot wiedział z jakim chłodem Anthony wypowiadał się o swoim ojcu, czy nawet niechęcią, z chwilą osiągnięcia przez niego wyższego stopnia w ministerialnej hierarchii, nawet jeśli była to niechęć zarezerwowana tylko dla najbliższego kręgu.
– Czasu na oskarżycielskie komentarze mamy pod dostatkiem mój drogi, a i moje ucho chętnie posłucha Twoich dąsów w tej materii tak długo, jak nie odbije się to na mojej wypłacie – zażartował lekko, ciesząc się, że nie ma w okolicy jego zastępcy, którego frustracja powoli przekraczała dopuszczalne normy, coraz częściej więc ulewało mu się na temat chronicznej nieobecności Anthony'ego w biurze. Shafiq nazywał to co prawda "pracą w terenie" i rzeczywiście kilkanaście, czy kilkadziesiąt spotkań w sprawie Kambodży zostało przez niego zaaranżowanych i przeprowadzonych, wiele jednak czasu pożytkował na inne aktywności, niekoniecznie z ministerialną pracą związane.
Wsłuchiwał się w odpowiedź z uwagą i należycie okazywanym szacunkiem, nawet jeśli był pełni świadomy, że to wystudiowane kwestie. Nie miał w żadnej mierze swojemu gościowi tego za złe. Wręcz przeciwnie, lubił Elliota przez wzgląd na podobieństwa między nimi, wszystkie te które w nim dostrzegał, lub które życzeniowo chciał widzieć. Kształt masek, błysk w oku i ta chłodna kalkulacja przesłonięta wystudiowanymi gestami, ścieżkami dialogów rozmów, które odbyły się już wcześniej w ich głowach, a potem pozostawało tylko je odtwarzać dostosowując się do reakcji rozmówcy. Poruszali się w tej subtelnej grze świateł z gracją francuskich baletmistrzów, rozliczając jak w baroku wszelkie afekty ruchem palców, ułożeniem dłoni, profilowaniem uśmiechu, przekrzywieniem głowy pod odpowiednim kątem. Choć Shafiq dzięki magii dysponował wszystkimi językami świata, przy Malfoy'u czuł się o tyle komfortowo wiedząc, że w tym konkretnym przypadku realnie mówią tym samym językiem misternie ułożonego bukietu białych oleandrów.
– Jeśli czegokolwiek będzie Wam trzeba... – umilkł, w tej cichej obietnicy, którą rzeczywiście miał na myśli, ale która też kończyła temat, jeśli Elliot nie miałby ochoty go kontynuować. Nie zamierzał forsować zwierzeń, szukać sensacji. Dawał przestrzeń, dbał o komfort i aurę zaufania. Tak dawno nie rozmawiali ze sobą otwarcie.
– Tak jak wino zawiera w sobie prawdę, tak herbata niesie mądrość. Sądzę, że w dzisiejszych niespokojnych czasach zdecydowanie potrzebujemy obu. Może powinienem z tym poczekać, ale szalenie ciekawe jestem Twojego wyboru, a odniesienie do notatek Twojego dziadka tylko pobudziło moją ciekawość. Zaraz wezwę Wergiliusza ale najpierw... – Uniósł i swój kieliszek pochylając się ku Elliotowi. Zabawne, że mugole wiele dekad uważali, że uderzanie o siebie szkła było eleganckie. Nie mieli absolutnie świadomości, że gest ten rozładowywał energię, a przede wszystkim rozpraszał negatywne sploty, odsuwając od tych, którzy wznosili toast niepotrzebny nadmiar.
– Za owocne spotkanie.
Wino było przyjemne i stonowane. Pomimo swojej wytrawności niosło lekko brzoskwiniowy i morelowy posmak, pozostawiając po sobie aksamitny, maślany finisz. Wiekowe szczepy Viury i Malvasii dawały wrażenia pełni, choć też mogły wprawić w zakłopotanie, wszak winnica Anthony'ego leżała we Francji, nie Hiszpanii. Malfoy miał też przez lata dostęp do roczników wina z Domu Smoka i żaden z nich nie smakował w ten sposób. Być może był to tylko słoneczny kaprys gospodarza, chęć odmiany.
– Jest to jeden z aspektów, który preferuje ponad spotkania w biurze. Raz, że nikt tu nie wejdzie, nie przeszkodzi nam w rozmowie, ale dwa... zdecydowanie lepiej rozmawia się o czymkolwiek przy kieliszku dobrego wina. – Opuszkami palców przetarł dolną wargę, skupiając na moment wzrok na stalowym sygnecie z celtyckim symbolem ochronnym, na serdecznym palcu lewej dłoni, który ni jak nie pasował ani do tego w co był ubrany, ani do tego jakie błyskotki preferował. Na prawym najmniejszym palcu lśnił złotem pierścień z emblematem jego Departamentu, zamiast rodu. Cóż, Elliot wiedział z jakim chłodem Anthony wypowiadał się o swoim ojcu, czy nawet niechęcią, z chwilą osiągnięcia przez niego wyższego stopnia w ministerialnej hierarchii, nawet jeśli była to niechęć zarezerwowana tylko dla najbliższego kręgu.