07.08.2024, 19:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2024, 19:21 przez Basilius Prewett.)
Basilius spojrzał na nią, jakby chciał odpowiedzieć, że tak, był wręcz pewny, że jego prapraprababcia ni nie zdradziła praprapradziadka, ale to nie było najbezpieczniejsze stwierdzenie na temat rodziny Prewettów. Patrząc co się działo w znacznie bliższych jemu pokoleniach może nie powinien być taki pewny swoich słów. Nie mógł jednak przecież pojawić się, ani u rodziny ze strony ojca, ani u Rosierów z ciastkami dla starszych ciotek i pytaniem o rodzinne dramaty. Chociaż... Stare ciotki przecież uwielbiały plotkować, a te z rodziny matki i tak narzekały, że za rzadko widzą go na oczy.
– Ale... – Zmarszczył brwi. – Chyba w żadnej z naszych rodzin nie było wcześniej podobnych przypadków. A rodzina Wielkiego Mistrza raczej nie byłaby przeklętą, skoro to on rzucał klątwę i... – Spojrzał na Brennę. Coraz bardziej nie podobało mu się to, że w tej logice odnajdywał sens. To była jednak jedna z teorii i na razie postanowił tak tylko ją traktować. – A może to rzeczywiście tylko pech. W każdym razie gdybyś miała kiedyś ochotę siedzieć i studiować rodzinne rodowody to daj znać. Możemy też się udać do kogoś, kto zna się na układach gwiazd.
Chichot losu... Tak, to pasowało do spotkania w niefortunną datę. Kogo powinni się poradzić w takim wypadku? Cyrkowców, bo tylko oni mogli znać się na takim cyrku, jakim były te ich spotkania?
Ciekawe, czy Brenna też gdzieś tam wewnętrznie marudziła, że musiało trafić na Prewetta, tak jak on ubolewał nad faktem spotkań z przedstawicielką Longbottomów? I ciekawe, czy jeśli tak było to i ona na pewnym etapie uznała, że w sumie to ubolewanie stało się jedynie pewną tradycją, niż faktycznymi odczuciami. A jeśli tak to kiedy, bo Prewett chyba nie mógł wskazać konkretnego momentu, ale na pewno pomogło mu wspólne siedzenie w izolatce i poprzedzająca to wydarzenie sytuacja w kasynie i fakt, że Brenna nie zareagowała na jego wyznanie, tak jak obawiał się, że zareaguje, a teraz nie traktowała go inaczej.
– Wygląda na to, że zgadzam się z twoim uzdrowicielem – powiedział, bo nawet bez badań diagnostycznych, widać było, co się działo. Próbował zachować spokój, ale jednak byłoby szalenie miło, aby Brenna dzisiaj nie umarła, a wszystko było przeciwko temu prostemu życzeniu.
Gdy niemal uderzyło w nią łóżko, chciał już wewnętrznie krzyczeć, ale nic nie powiedział. Jedynie powieka mu zadrgała.
– Zaraz będziemy w gabinecie – zapewnił ją i nie zdołał nic więcej dodać, bo nad Brenną, zmaterializowała się znikąd, podejrzanie wyglądająca ciemna chmura.
– Uważaj! – krzyknął, chwytając ją za rękę i ciągnąć czarownicę do siebie z energią, jaką nie za często można było u niego zobaczyć, ale chmura, ku jego własnemu zdziwieniu, okazała się jedynie fałszywym alarmem i zaraz zniknęła bez uderzenia piorunem, którego tak się obawiał. Aby jednak nie było tak kolorowo, to Prewett na tyle nieudolnie odciągnął Brennę od "zagrożenia", którego nie było, że niechcacy puścił jej dłoń, niezamierzenie popychając ją w kierunku wózka z najróżniejszymi eliksirami. I teraz pytanie, jak to było, że był w stanie tak silnie ją pociągnąć, ale wchodzenie po schodach go męczyło?
– Ale... – Zmarszczył brwi. – Chyba w żadnej z naszych rodzin nie było wcześniej podobnych przypadków. A rodzina Wielkiego Mistrza raczej nie byłaby przeklętą, skoro to on rzucał klątwę i... – Spojrzał na Brennę. Coraz bardziej nie podobało mu się to, że w tej logice odnajdywał sens. To była jednak jedna z teorii i na razie postanowił tak tylko ją traktować. – A może to rzeczywiście tylko pech. W każdym razie gdybyś miała kiedyś ochotę siedzieć i studiować rodzinne rodowody to daj znać. Możemy też się udać do kogoś, kto zna się na układach gwiazd.
Chichot losu... Tak, to pasowało do spotkania w niefortunną datę. Kogo powinni się poradzić w takim wypadku? Cyrkowców, bo tylko oni mogli znać się na takim cyrku, jakim były te ich spotkania?
Ciekawe, czy Brenna też gdzieś tam wewnętrznie marudziła, że musiało trafić na Prewetta, tak jak on ubolewał nad faktem spotkań z przedstawicielką Longbottomów? I ciekawe, czy jeśli tak było to i ona na pewnym etapie uznała, że w sumie to ubolewanie stało się jedynie pewną tradycją, niż faktycznymi odczuciami. A jeśli tak to kiedy, bo Prewett chyba nie mógł wskazać konkretnego momentu, ale na pewno pomogło mu wspólne siedzenie w izolatce i poprzedzająca to wydarzenie sytuacja w kasynie i fakt, że Brenna nie zareagowała na jego wyznanie, tak jak obawiał się, że zareaguje, a teraz nie traktowała go inaczej.
– Wygląda na to, że zgadzam się z twoim uzdrowicielem – powiedział, bo nawet bez badań diagnostycznych, widać było, co się działo. Próbował zachować spokój, ale jednak byłoby szalenie miło, aby Brenna dzisiaj nie umarła, a wszystko było przeciwko temu prostemu życzeniu.
Gdy niemal uderzyło w nią łóżko, chciał już wewnętrznie krzyczeć, ale nic nie powiedział. Jedynie powieka mu zadrgała.
– Zaraz będziemy w gabinecie – zapewnił ją i nie zdołał nic więcej dodać, bo nad Brenną, zmaterializowała się znikąd, podejrzanie wyglądająca ciemna chmura.
– Uważaj! – krzyknął, chwytając ją za rękę i ciągnąć czarownicę do siebie z energią, jaką nie za często można było u niego zobaczyć, ale chmura, ku jego własnemu zdziwieniu, okazała się jedynie fałszywym alarmem i zaraz zniknęła bez uderzenia piorunem, którego tak się obawiał. Aby jednak nie było tak kolorowo, to Prewett na tyle nieudolnie odciągnął Brennę od "zagrożenia", którego nie było, że niechcacy puścił jej dłoń, niezamierzenie popychając ją w kierunku wózka z najróżniejszymi eliksirami. I teraz pytanie, jak to było, że był w stanie tak silnie ją pociągnąć, ale wchodzenie po schodach go męczyło?