07.08.2024, 23:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2024, 23:45 przez Millie Moody.)
Jestem na niewidocznym, więc w sumie łatwo byłoby kogoś zabić i udawać, że to wcale nie ja opis ruchu jest bardziej tltr:
"Parkiet" z Thomasem, spotkanie z Brenną i kiełbasą, zahaczam o drinkbar, a potem idę sobie na bok szukać Eden. Znajduje ją i postanawiam iść przemyśleć swoje wybory życiowe na klif. Lov ja all, obiecuje następnym razem mniej angstu więcej comfortu.
"Parkiet" z Thomasem, spotkanie z Brenną i kiełbasą, zahaczam o drinkbar, a potem idę sobie na bok szukać Eden. Znajduje ją i postanawiam iść przemyśleć swoje wybory życiowe na klif. Lov ja all, obiecuje następnym razem mniej angstu więcej comfortu.
To nie było tak, że źle życzyła Geraldine.
Nie, to absolutnie nie o to chodziło. Domyślała się, że język, którym posługiwał się Thomas był efektem jednego ze śmiesznych drinków, podobnie jak jej niewidzialność, podobnie jak kolory włosów co niektórych. Słyszała jak śmiesznie była na potańcówce, która niestety ją ominęła. Myślała sobie o tym, jak śmiesznie będzie na tej imprezie... Imprezie o której zapomniała, a na której i tak się znalazła.
Cudownie było tańczyć z Thomasem i usłyszeć ciche wyznanie, że się zakochał. I to pewnie z wzajemnością. Cudownie było dowiedzieć się, że jej popierdolona przyjaciółka sobie kogoś znalazła i to kogoś tak miłego i kochanego jak Thomas. Cudownie było cieszyć się jej kurwa szczęściem. Ale były takie dni, takie noce, kiedy Millie puszczona w tango, tańcząca w klubie i próbująca w dusznym od papierosowego dymu alkoholowym ciągu, myślała sobie tylko o tym, że tacy jak ona czy Ger, niespokojne duchy, demony wtłoczone w ludzkie ciało, nie mogą zaznać szczęścia w świecie śmiertelników. Były ulepione z tej samej kurwa jebanej gliny i świat ich nie rozumiał, ale miały siebie. Coś czuła pismo nosem, jak Geraldine taka ohoho dorosła i spokojna ukrywała coś za tym "wszystko jest zajebiście, tak tak patrz mi w oczy i łykaj to jak młody pelikan mała", no a teraz Thomas.
Dobrze, że była niewidzialna.
– Ale super, dbaj o nią, żeby jej jakieś błotoryje nie prowały! – ostatkiem sił wyrzuciła wyborny żart, bo choć życzyła i jej i jemu jak najlepiej, to teraz jej w ogóle nie było do śmiechu. Skończyli tańczyć, a ona myślała tylko o tym, żeby znaleźć Eden, przeprosić ją, powiedzieć, że więcej nie będzie jej nic wysyłać, nie będzie się narzucać i...
– Och Brenka dzięki ja...– eliksir powoli przestał działać i to nie było dobre. Dziewczyna szybko zabrała kiełbaskę od przyjaciółki, ale też pociagnęła ją do wystawki magicznych napitków i wzrokiem wyłowiła ten sam który wcześniej zapewnił jej tak świetną przykrywkę. Wolała żeby efekt się utrzymał, żeby nikt nie widział jej zaczerwienionych króliczych oczu, spulchniałego nosa, żeby nikt nie zapytał przypadkiem "Hej, wszystko w porządku?" bo po tych czterech słowach nie wyrobi i się rozklei na dobre. Pieprzone piosenki o miłości nie pomagały. – Świetna impreza, na pewno jest trzydzieści razy fajniej niż na potańcówce, no bo ja jestem, ale fajnie super i te gwiazdy, nieźle sobie wymyśliłaś żeby spadały, widziałaś w ogóle gdzieś Eden? Mm... pyszna kiełbaska mm..– wepchnęła sobie w niewidzialne usta kiełbasę, bo gardło zapchane żarciem jest mniej zaciśnięte. – Dobra to ja pójdę jej poszukać, wiesz ona i piasek ee... no.. zgadamy się rano pani detektyw, odmelduje się na kakao i jajecznicy z pizdyliarda jaj! – Uścisnęła jej ramie swoją kiepsko widoczną dłonią i czmychnęła między tłum, dziękując bogom za Kłamanie I w zestawie swoich przydatnych bumerskich umiejętności.
Chociaż może lepiej byłoby, jakby Brenna ją zatrzymała. Może lepiej byłoby, gdyby nie zobaczyła rozmawiającej na uboczu pary. Może lepiej... Pół doskonale wypieczonej kiełbasy spadło na piach, a ślady stóp zniknęły, gdy plaża przeszła w trawiaste zbocze prowadzące na klif. Musiała to sobie wszystko ułożyć w głowie. Musiała odetchnąć. Musiała wyrzucić ten obrazek z głowy. Musiała zamienić się w morską pianę. Musiała w końcu urodzić się po raz trzeci.
Postać opuszcza sesję