"Nie ma tutaj nikogo takiego jak Borgin." – padły słowa w odpowiedzi. A Richard zmarszczył brwi gniewnie. Już miał coś dodać, zrobić, ale ten mężczyzna widocznie szybko łapał sygnały. Nie było więc konieczne posuwanie się do przemocy na przedmiotach. Robienia chaosu pokazowego. Przecież tego chcieli uniknąć.
Podążył za barmanem, który zaprowadził go do prawdopodobnie pomieszczenia, gdzie przebywał Stanley. Mulciber rozglądał się, starając zapamiętać wiele szczegółów i przejść tutejszego miejsca. Gdyż może kiedyś okazać się to przydatne.
"Robert przyszedł." – padło z ust mężczyzny, Upewniło to Richarda, że brat bywał tutaj. Że udało się być nim, aby tutaj się dostać, bez problemowo.
Wszedł do środka zaproszony, a drzwi za nim się zamknęły. Przeszedł się po gabinecie, obserwując co tutaj miał. Jakie przedmioty, jeżeli były. Artefakty, meble, czy było coś szklanego. Badał miejsce, zatrzymując swój gniewny wzrok na biurku. Paczka papierosów. Popielniczka. Nie skorzystał.
- Raczysz mi wyjaśnić, w co ze mną pogrywasz, Stanley?Rzucił dość chłodno. Nie krył się z tym, że był niezadowolony z jego zagrania. Nie potraktowania go poważnie. Zignorował jego żarty czy tłumaczenie się w sprawie późnej godziny i ich zaplanowanego spotkania.
- Co to za BUMowskie taktyki, wkradania się do naszej posiadłości? Porwałeś skrzata? Po cholerę Ci on?
Kolejne słowa, wypowiadane ze stopniowo narastającym gniewem. Chłodnym spojrzeniem, nietolerującym takich zagrywek ze strony osób, którym dał cząstkę zaufania. Mógłby nawet cenić Stanleya wyżej ponad swoich synów, ale po tym… To zrównałby go z nimi na ten sam poziom.
Richard nie skorzystał z poczęstunku papierosa i alkoholu. Nieskorzy stał z możliwości zajęcia jednego z fotelu czy krzesła. Zbliżył się do biurka, stając jakiś metr od niego. Zaciskając w lewej dłoni różdżkę.