Ani oczy Reginy nie były ciemne, ani jej dłonie gładkie. Miodowe tęczówki bystro i z ciekawością patrzyły na paplającego Castiela. Dłonie natomiast, z kilkoma odciskami, bliznami i nieco wyschnięte, zostały zaczepione o pasek skórzanej torby, którą Olbrzymka miała przy sobie.
— Zaklęcie ochronne domu? W takim razie byłeś niezapowiedzianym gościem albo… — zawiesiła głos, bo nazywanie złodzieja złodziejem mogło nie być specjalnie mądre. — Mam wodę. Najbliższa mieścina jest ze dwie mile stąd, więc musiałbyś trochę przejść.
Po tych słowach sięgnęła do torby i wygrzebała stamtąd metalową manierkę. Woda z miętą i cytryną to coś, co zawsze miała przy sobie tak jak imbirowe landrynki.
— Co do jeziora czy czegoś takiego, to bliżej znajduje się strumyk, ale kawałek nas czeka. Dasz radę do niego dojść?
Nie pytała o to, czemu ma wzbudzić zainteresowanie ojca, ani o to, jakie nazwisko nosi, że tak jest związany z wodą. Regina była ciekawska, rzadko kiedy przejmowała się tym, czy jej pytania kogoś urażą, ale w przypadku Castiela wolała się pilnować. Może nie wyglądał jak rasowy złodziej czy jak ktoś, kto nie przepada za prawem, ale gdyby tak było, to chyba lepiej by wiedzieli o sobie jak najmniej.
— To jak, najpierw źródło czy wolisz się przejść do mieściny i zobaczyć, czy nie mają świstoklika do Londynu lub kominka połączonego z siecią Fiuu?