Aryaman Birla
Nie miał za wiele do powiedzenia. To jest, Aryaman Birla nie miał, więc Morpheus przygryzł wewnętrzną część policzka, aż poczuł przyjemny ból i rdzawy posmak w ustach i jego myśli się rozproszyły na wszystkie strony w elektrycznych impulsach, przypominających odległe supernowy pod powiekami, gdy na kilka chwil więcej, niż wypadało, przymknął oczy. Informacji miał niewiele, ale też nie wybierał się tutaj z jakimś nadrzędnym celem innym niż przepuszczanie pieniędzy. Zanotował jednak, że w małżeństwie Mulciberów nie dzieje się dobrze, gdy zwykła rozmowa na balkonie kończyła się publiczną sceną, to po pierwsze, po drugie, że Robert wyglądał na bardzo zmęczonego życiem, jakby jego twarz ogorzała od mrozów nieistniejących w wiecznie zielono-burek Anglii. Czyżby Sroczka go zajeździła i miał kompleksy, stąd ten wybuch? Musiał zapytać później Lorien.
Zrobił krok do tyłu, oparł się o balustradę, gdy padały kolejne słowa rozmowy między panią Lestrange i doktorem Prewettem. Nic jej nie jest, a noc jest piękna i młoda. Wyjął papierośnicę, włożył papierosa do ust i zaproponował jednego zarówno Eden, jak i Basiliusowi (oraz zwiewnej Lorraine, która umknęła jednakże w połowie jego ruchu z ich azylu). Zastanawiał się, czy byli na tym wieczorku z jakiegoś powodu czy na prawdę jedynie dla rozrywki.
Narastały w nim pytania o celowość tego wydarzenia, o listę zaproszonych gości, o ciasne przestrzenie konwenansu i swobody. Rzeczy które robimy z obowiązku, rzeczy, które robimy ze swobody. Zapalił swojego papierosa (i użyczył reszcie ognia, jeśli skorzystali z nałogowego poczęstunku) z uniesionymi w górę brwiami.
A później był absolutnie szczęśliwy, że jego twarz jest kimś obcym, a w pobliżu nie ma nikogo, kto byłby bezpośrednio związany z Vakelem Dolohovem. Ani jego samego.
Słuchał melodii wykonywanej przed dwie wiły i nawet jeżeli ktoś coś do niego powiedział, to nie dotarło. Najpierw zawiesił wzrok na Anthonym i Eriku obok niego, przy barze, a później odwrócił się w stronę ogrodu, spoglądając w gwiazdy. Zastanawiał się, czy właśnie i on unosi swoje oczy w kolorze rozmytych akwareli ku górze albo spogląda okiem uzbrojonym w magiczny teleskop i kalkuluje, liczy w swojej głowie, dyktując notatki swojemu asystentowi. Myślał o tym, że pewnie jest szczęśliwy, mając wszystko, czego chciał w swoim życiu i tę kapkę więcej w postaci jasnookiego Peregrinusa.
Myślał nad biegiem zdarzeń, kostkach domino, motylich skrzydłach, które wyburzają tsunami. To był paskudny dzień, który odzwierciedlał paskudne samopoczucia wszystkich, a na pewno Mildred Moody, uziemionej, znów, przez jej lekkomyślne zachowanie. Wtedy też, z nudów, pokazał jej, jak rozkładać karty, ona oczywiście zakochała się we wspaniałym wieszczu, uśmiechu z okładek, Vakelu, kupiła to zaproszenie i zamiast iść samej, wysłała tam swojego krewniaka.
A teraz on był asystentem Dolohova. Zabawne.
Łatwo było być zazdrosnym, lecz ku swojemu zdziwieniu, tego uczucia było najmniej w jego duszy. Na spopielonej przestrzeni jego miłości kiełkowały nowe myśli. Był wdzięczny bogom, że Vakel mógł odnaleźć szczęście jeszcze w tym życiu, nawet bez niego.
A wszystko to przez Ravela, spoglądanie w gwiazdy i spalający się bez wdechów dymu papieros między jego palcami.