08.08.2024, 20:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 20:39 przez Lorien Mulciber.)
Pozwala się wyprowadzić z balkonu i przekierować w stronę kanapy. (ot baby yoda)
Taka samotna, zapłakana i pogubiona nie jesteś żadnym przeciwnikiem. Szeptał cichutki głosik z tyłu głowy. Próbowała odnaleźć punkt w czasie i przestrzeni, kiedy to wszystko się zaczęło. Kiedy stała się tak cholernie tym wszystkim zmęczona. Może to te kadzidła? Może choroba mocniej, coraz bardziej przypominając o sobie i upływającym czasie? Na razie mogła jedynie udawać, że to wszystko było zaplanowaną grą. Lorien Crouch nie była kruchą czarownicą, musiała więc coś kombinować. Knuć. Zaciśnięte na mężowym ramieniu szpony były preludium do czegoś większego;
Jebanym znakiem na ziemi i niebie, że w głowie pani Mulciber działo się coś wyjątkowo niedobrego.
Dopiero gdy wyszli z balkonu, naprawdę zdołała odetchnąć. Nie siliła się na obranie żadnego konkretnego kierunku, pozwalając się kolejnej już osobie prowadzić jak małą laleczkę. Usiadła na kanapie odzyskując namiastkę spokoju. Otarła szybko łzy, pociągnęła nosem. Zamrugała parokrotnie, wyraźnie zaskoczona pytaniem. Z początku po prostu pokręciła w zaprzeczeniu głową.
- Anthony? Nie, no coś ty. Dobrze, że był obok.- Machnęła lekko ręką, jakby kompletnie do niej nie docierało jak jej relacje z wieloletnim przyjacielem mogą wyglądać z zewnątrz. Albo po prostu przywykła do wszelkich plotek. - Nie mam nigdzie piór? - Zapytała nagle, dotykając opuszkami palców nosa, policzków i ust. Przyjrzała się dłoniom dość kontrolnie, upewniając się, że długie paznokcie i smukłe palce wciąż były ludzkie.- To wszystko przez tą cholerną fundację. I pranie moich brudów przy ruletce. I… kilka innych drobiazgów. - Mówiła dalej, ocierając policzki z resztek łez. Za dużo tego jak na małą, ptasią główkę.
Nie wydawała się specjalnie wzruszona prezentem. Podniosła rękę przyglądając się bransoletce przez krótką chwilę. Finezyjne, drogie cudeńko, ale nie spodziewała się po Shafiq’u niczego innego.
Westchnęła delikatnie, opierając głowę o ramię Richarda i przekręcając rękę tak, by sam mógł spojrzeć na jej nowy nabytek, mieniący się odcieniami zieleni i granatu. Agaty zatopione w srebrze. Przymknęła oczy, słuchając muzyki granej przez Celine. To czy była zaledwie ujęta urokiem wili, czy po prostu zgodnie ze starym porzekadłem “muzyka łagodzi obyczaje”, Lorien czuła się spokojniej. Pozwoliła sobie na sekundę mentalnego odpoczynku. Może dwie. W tym czasie zdążyła przemyśleć czy historia, którą chciała szwagrowi opowiedzieć jest w ogóle warta opowiadania. Wszystko co dotyczyło jej klątwy było jak ostry obosieczny miecz.
W końcu uznała, że uchylenie jednego rąbka tajemnicy niczego nie zmieni.
Trigger Warning: True Crime Podcast? Profilaktyka. (Odkryj)
Cała historia opowiedziana była szeptem. Tak, aby tylko Richard mógł ją usłyszeć, a i tak pewnie powinien był się lekko nachylić, aby nie zgubić szczegółów.
- Pod koniec ‘63 brałam udział w jednym z najgorszych procesów w swojej karierze. Jednym zresztą z pierwszych. Młody chłopak, praktycznie dzieciak zaraz po szkole. Mugolak. Torturował i wymordował brutalnie całą swoją rodzinę. Młodsze rodzeństwo. Rodziców. Poćwiartował ich i transmutował w różne drobne przedmioty. Guziki, szczoteczki do zębów, kapsle od piwa, papierki po cukierkach. Niektóre silniej zaklęte, inne słabiej, więc mugole znajdowali odrąbane palce we własnych domach i na ulicach. Tygodniami szukano części ciał ofiar, porozrzucanych po mugolskich dzielnicach. Części do dzisiaj nie znaleziono. Skazaliśmy go na pocałunek. Praktycznie jednogłośna decyzja i miażdżąca ilość dowodów. Natychmiastowy wyrok. Ale… zrobiliśmy… może trochę zbyt szybko?- Znów to ciche westchnięcie, chociaż twarz kobiety nie wyrażała szczególnie głębokich emocji. Kwestia muzyki czy pogodzenia się z pewnymi błędami przeszłości?- Już po fakcie wyszło na jaw, że na dzieciaka rzucono klątwę Imperius.
- Pod koniec ‘63 brałam udział w jednym z najgorszych procesów w swojej karierze. Jednym zresztą z pierwszych. Młody chłopak, praktycznie dzieciak zaraz po szkole. Mugolak. Torturował i wymordował brutalnie całą swoją rodzinę. Młodsze rodzeństwo. Rodziców. Poćwiartował ich i transmutował w różne drobne przedmioty. Guziki, szczoteczki do zębów, kapsle od piwa, papierki po cukierkach. Niektóre silniej zaklęte, inne słabiej, więc mugole znajdowali odrąbane palce we własnych domach i na ulicach. Tygodniami szukano części ciał ofiar, porozrzucanych po mugolskich dzielnicach. Części do dzisiaj nie znaleziono. Skazaliśmy go na pocałunek. Praktycznie jednogłośna decyzja i miażdżąca ilość dowodów. Natychmiastowy wyrok. Ale… zrobiliśmy… może trochę zbyt szybko?- Znów to ciche westchnięcie, chociaż twarz kobiety nie wyrażała szczególnie głębokich emocji. Kwestia muzyki czy pogodzenia się z pewnymi błędami przeszłości?- Już po fakcie wyszło na jaw, że na dzieciaka rzucono klątwę Imperius.
- W tamtym czasie nie miałam żadnej realnej kontroli nad swoją klątwą. Aż pewnego dnia Anthony ściągnął dla mnie specjalistę z Ameryki Południowej.- Uniosła lekko kąciki ust, na samo wspomnienie tych… innych, może nawet lepszych czasów. - Wtedy śmialiśmy się, że to ptasi behawiorysta i zaklinacz kur. Odkryliśmy, że niektóre metody na zastopowanie przemiany, jeśli się ją zauważy w odpowiednim momencie, działają lepiej niż inne. Złoto, drogie kamienie, wiesz wszystkie te błyskotki. To co sroki lubią najbar…- Zamilkła w półsłowa, kiedy usłyszała znajome nuty.
Słuchała melodii w niemym zachwycie, wpatrując się gdzieś ponad ramieniem Richarda. Gdzie błądziły myśli czarownicy? Daleko stąd. Przesypywały się jej między palcami niczym najczystsze piaski pustyni, napełniały jej serce ciepłem arabskiego słońca sprzed lat. Kiedy jeszcze to wszystko miało jakikolwiek sens, kiedy wystarczyło szepnąć kieruj się tam gdzie mówią po włosku i idź dalej, aż usłyszysz inny język. Ale te wspomnienia nieważne jak słodkie się zdawały, niosły ze sobą ból. Ból, którego uciszona muzyką Lorien nie chciała (nie potrafiła) zrozumieć. Więc wymknęła się z tego mentalnego więzienia, zatrzasnęła na klucz drzwi. W pałacu pamięci pani Mulciber wiele było takich zakazanych drzwi. Jedne pachniały nocnym Londynem, inne chwytały ją za gardło lodowatym podmuchem Morza Północnego. Najbardziej przerażały ją te, od których bił posmak cierpkiego francuskiego wina. Nie powinno ich tu być. Nienawidziła samą siebie za to, że w ogóle tu były.
Dopiero teraz przeniosła spojrzenie na Richarda, uśmiechając się łagodnie. Zupełnie jak nie oka. Zupełnie jakby spadł cały ten ciężar bycia sędzią, panią Mulciber, czy jakąkolwiek rolę aktualnie przyjmowała. Była po prostu Lorien. I to nie był codzienny widok.