08.08.2024, 21:36 ✶
Spadnięcie czymś z nieba było jednym z dziwniejszych określeń, jakie usłyszał na swój widok od kogokolwiek, kiedykolwiek. Większość ludzi reagowała na jego obecność, znikanie i powroty inaczej niż Woody. Większość, bo... był ktoś jeszcze. Jedna, jedyna osoba, do której mógłby go przyrównać - Vior. Bardzo szybko zorientował się, że tym spotkaniom towarzyszyły podobne emocje. Im dłużej znajdował się w niemalże niezmienionym Rejwachu, im dłużej pił ten sam alkohol co trzy lata temu i rozmawiał z właścicielem, tym spokojniejszy się robił. Woody podszedł do niego w najlepszy sposób, w jaki mógł - narzucając rozmowie mało porywający, nostalgiczny rytm. Crow zareagował na to, chowając pulsujące w nim załamanie i agresję głęboko do kieszeni.
Nie znaczyło to jednak, że zachowywał się normalnie. W jego słowach i zachowaniu brakowało przekonania i otwartości. Coś się na pewno stało. Może wcale nie chciał na te Ścieżki wracać (i kogo to niby dziwiło?), może to coś kompletnie innego, ale na pewno coś - coś wyczuwalnego w tonie głosu i tym, jak co kilka zdań wpatrywał się w ścianę i pocierał oko. Jedną nogą był w rozmowie, drugą nogą w kompletnie innym miejscu.
- No jasne, Tarp - odparł, niekoniecznie brzmiąc tak, jakby wierzył w ich potencjalną przejażdżkę, chociaż chciał tak zabrzmieć i odpowiedź była z jego strony całkowicie szczera. Podzielił się z nim ceną, która nie należała do wygórowanych - nie było w tym nic dziwnego, bo do Crowa generalnie nie pasowały rzeczy z salonu, nawet jeżeli było go na nie w przeszłości stać. Zdradził jednak, że prawdziwa kwota rozłożona była w czasie, bo taki sprzęt pewnie szybciej się zepsuje. On jednak w ogóle nie przejmował się czasem, jaki miał potencjalnie przy tych maszynach spędzić, bo się przecież od zawsze mechaniką interesował.
Kiedy opuszczali Rejwach, wszechobecna sielanka zaczynała mu powoli doskwierać. Jak człowiekowi kończy się przynajmniej połowa świata, a później nagle nabiera tego spokoju, gdzieś z tyłu wciąż wisi nad nim przecież widmo tego, jak wiele może pójść nie tak. Tego co miało nadejść, nie spodziewał się zupełnie. Jego wyobraźnia podpowiadała mu Alexandra przychodzącego mu tutaj na złość i jemu i samemu sobie, na pewno nie tego, że idąc obok Tarpaulina mógłby zostać... napadnięty! Ale to przecież miało stać się za chwilę. Teraz jeszcze szli przed siebie, po skręceniu w jedną z bocznych alejek łączących Nokturn z Pokątną bez konieczności przeciskania się przez duże tłumy ludzi - jako odludek prowadził ich standardowo trasą dla odludków.
- Tak szczerze to najdalej gdzie do tej pory pojechałem to jebane Oxfordshire - tego co mu to Oxfordshire zrobiło, nie wyjaśnił - ale chciałbym ruszyć gdzieś dalej. Skorzystać z tego, że się jeszcze lato nie skończyło. - Wyrwać się z cyrku na dłużej. Przestać cierpieć. Oszczędzić swojej twarzy kolejnych ciosów pięścią od kogoś, kogo kochał.
Przejście z Nokturnu na Pokątną zawsze wydawało mu się być uderzeniem gorąca. Czasami zastanawiał się, czy ulice różniły się kolorystycznie - w jego oczach przecież każda z nich wyglądała tak samo ponuro. Przez to jak szedł, wpatrując się w budynki z rozdziawioną paszczą, przemawiało głębokie zmęczenie. I nagle, jak gdyby nigdy nic, mały chłystek sięgający mu do brody obił się o ich dwójkę i Crow jako dziecko wychowane przez złodziei i przemytniczkę nie mógł nie zrozumieć, co się właśnie stało. Odwrócił głowę w jego kierunku i dostrzegł, jak zmyka w tę samą alejkę, z której przyszli. Westchnął głęboko i dał znak Woody'emu, że musi tam iść (bo był do skradzionego przedmiotu dosyć przywiązany) i kiedy znów owiał ich mrok tych gorszych dzielnic, Crow zauważył, jak do kieszonkowca zbliżają się inne dzieciaki. Pokazały mu głową na Tarpa jak na łatwy cel. No jasne, pomyślał od razu, byli zbyt młodzi, żeby wiedzieć, z kim mają do czynienia, następnie z lekkim rozbawieniem zrozumiał, że dzieciaki wzięły go za prostytutkę, a Tarpa za kogoś, kto miał pieniądze na tego typu usługi. Nie powstrzymał szerokiego uśmiechu, jaki wypełzł na jego usta.
- Po prostu mi to oddaj - powiedział, wyciągając łapę w kierunku swojej własności, ale chłopaczek założył kaptur i wycofał się na krok.
Nie znaczyło to jednak, że zachowywał się normalnie. W jego słowach i zachowaniu brakowało przekonania i otwartości. Coś się na pewno stało. Może wcale nie chciał na te Ścieżki wracać (i kogo to niby dziwiło?), może to coś kompletnie innego, ale na pewno coś - coś wyczuwalnego w tonie głosu i tym, jak co kilka zdań wpatrywał się w ścianę i pocierał oko. Jedną nogą był w rozmowie, drugą nogą w kompletnie innym miejscu.
- No jasne, Tarp - odparł, niekoniecznie brzmiąc tak, jakby wierzył w ich potencjalną przejażdżkę, chociaż chciał tak zabrzmieć i odpowiedź była z jego strony całkowicie szczera. Podzielił się z nim ceną, która nie należała do wygórowanych - nie było w tym nic dziwnego, bo do Crowa generalnie nie pasowały rzeczy z salonu, nawet jeżeli było go na nie w przeszłości stać. Zdradził jednak, że prawdziwa kwota rozłożona była w czasie, bo taki sprzęt pewnie szybciej się zepsuje. On jednak w ogóle nie przejmował się czasem, jaki miał potencjalnie przy tych maszynach spędzić, bo się przecież od zawsze mechaniką interesował.
Kiedy opuszczali Rejwach, wszechobecna sielanka zaczynała mu powoli doskwierać. Jak człowiekowi kończy się przynajmniej połowa świata, a później nagle nabiera tego spokoju, gdzieś z tyłu wciąż wisi nad nim przecież widmo tego, jak wiele może pójść nie tak. Tego co miało nadejść, nie spodziewał się zupełnie. Jego wyobraźnia podpowiadała mu Alexandra przychodzącego mu tutaj na złość i jemu i samemu sobie, na pewno nie tego, że idąc obok Tarpaulina mógłby zostać... napadnięty! Ale to przecież miało stać się za chwilę. Teraz jeszcze szli przed siebie, po skręceniu w jedną z bocznych alejek łączących Nokturn z Pokątną bez konieczności przeciskania się przez duże tłumy ludzi - jako odludek prowadził ich standardowo trasą dla odludków.
- Tak szczerze to najdalej gdzie do tej pory pojechałem to jebane Oxfordshire - tego co mu to Oxfordshire zrobiło, nie wyjaśnił - ale chciałbym ruszyć gdzieś dalej. Skorzystać z tego, że się jeszcze lato nie skończyło. - Wyrwać się z cyrku na dłużej. Przestać cierpieć. Oszczędzić swojej twarzy kolejnych ciosów pięścią od kogoś, kogo kochał.
Przejście z Nokturnu na Pokątną zawsze wydawało mu się być uderzeniem gorąca. Czasami zastanawiał się, czy ulice różniły się kolorystycznie - w jego oczach przecież każda z nich wyglądała tak samo ponuro. Przez to jak szedł, wpatrując się w budynki z rozdziawioną paszczą, przemawiało głębokie zmęczenie. I nagle, jak gdyby nigdy nic, mały chłystek sięgający mu do brody obił się o ich dwójkę i Crow jako dziecko wychowane przez złodziei i przemytniczkę nie mógł nie zrozumieć, co się właśnie stało. Odwrócił głowę w jego kierunku i dostrzegł, jak zmyka w tę samą alejkę, z której przyszli. Westchnął głęboko i dał znak Woody'emu, że musi tam iść (bo był do skradzionego przedmiotu dosyć przywiązany) i kiedy znów owiał ich mrok tych gorszych dzielnic, Crow zauważył, jak do kieszonkowca zbliżają się inne dzieciaki. Pokazały mu głową na Tarpa jak na łatwy cel. No jasne, pomyślał od razu, byli zbyt młodzi, żeby wiedzieć, z kim mają do czynienia, następnie z lekkim rozbawieniem zrozumiał, że dzieciaki wzięły go za prostytutkę, a Tarpa za kogoś, kto miał pieniądze na tego typu usługi. Nie powstrzymał szerokiego uśmiechu, jaki wypełzł na jego usta.
- Po prostu mi to oddaj - powiedział, wyciągając łapę w kierunku swojej własności, ale chłopaczek założył kaptur i wycofał się na krok.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.