Zaśmiała się cicho, bo Fergus miał rację, że trochę mniej szczęścia i chochliki wcale nie byłyby takie łatwe do odparcia. Jak brzmiałyby nagłówki w gazecie? „Ollivander i Rowle zagryzieni przez chochliki”, „Potomek wytwórcy różdżek i spadkobierczyni smoczych rezerwatów nie żyją!”. Znajomi mieliby ubaw po pachy, a rodzice z pewnością by ją wydziedziczyli.
— Wyskubali te włosy z każdej różdżki? Na gacie Merlina, czy oni byli pijani, niespełna rozumy czy kryje się za tym sens, którego nie dostrzegam?
Z niedowierzaniem pokręciła głową. Przecież to była całkowicie niepotrzebna dewastacja, bo gdyby włamali się do biura lub magazynu, tam, gdzie Ollivanderowie trzymali magiczne utensylia do wyrabiania różdżek, mogliby bez męczenia zgarnąć i kilkanaście włosów. Więc po co to wszystko?
— Brenna Longbottom? Kojarzę ją, miałam przyjemność na nią wpaść niedawno, kiedy… — zamilkła, bo przecież nie powie Ollivanderowi, że ta znalazła ją w ciemnym zaułku, na skraju załamania. — Niedawno po prostu. Wracając do różdżek. Domyślam się, że twój ojciec szaleje i rozumiem czemu. Za to brygadziści pewnie mają przesrane, bo sprawa pewnie już powędrowała poza Londyn, a może i poza wyspy.
Wyprzedziła nieco Fergusa i zaczęła się rozglądać za śladami, które mogłyby im zdradzić, gdzie dokładnie przebywa tutejsze stado jednorożców.
Sukces!
Komuś, kto nie spędzał za wiele czasu na łonie natury, ani nie wiedział czego dokładnie szukać, las mógł się wydawać taki sam. Zielony, z dużą ilością drzew, ściółką i powalonymi pniami. Znaki szczególne? Żadne.
Rowle nie należała do takich osób, bo nie dość, że w dzikich ostępach spędziła połowę swojego życia, to drugą poświęciła na naukę o zwierzętach. Nie tylko czym się żywią, jakie zachowania przejawiają, ale też, po czym rozpoznać, że jakieś osobniki przebywają w tym, a nie innym miejscu
— Bingo. — mruknęła i sięgnęła do kieszeni po skórzane rękawiczki. — Jesteśmy na całkiem dobrym tropie.
Mówiła już dużo ciszej, nie chcąc spłoszyć żadnej zwierzyny. Może i niebezpieczne podejście, bo wbrew pozorom w lesie należy zachowywać się głośno, ale chciała ten wypad wykorzystać też i do innych celów.
Przyklęknęła przy końskich bobkach i najpierw przesunęła nad nimi dłonią, a później jeden z nich rozgniotła w ręce.
— Suche i sypkie. Może tędy przechodziły, ale dawno. — wytłumaczyła Ollivanderowi, nie patrząc w jego stronę.