Południowe stragany
Idąc przed siebie, Crow kopnął leżący przed nim kamyczek i kontynuował robienie tego wraz z następnymi krokami. W ten sposób unikał kontaktu wzrokowego z Laurentem i kimkolwiek innym - fajnie było schować się w tłumie, ale to wciąż był tłum. To nie było tylko zmęczenie. Ani to, że przed chwilą zwymiotował. Był samotnikiem, którego i tak niezbyt rozwinięta charyzma pikowała w dół, kiedy otaczała go zbyt duża grupa ludzi. Aktualnie trzymał ten kamyczek pod butem, żeby kontynuować wspólną wędrówkę, kiedy tylko Prewett obierze kolejny kierunek.
- Aaaa... a zachowujecie się, jakbyście się znali z pięć lat, a ten kot był animagiem. Nigdy nie widziałem kota, który leży grzecznie w jednym miejscu tylko dlatego, że ktoś mu kazał. Czy to nie jest bardziej coś, co robią psy? - A może wcale nie chodziło o zwierzę tylko o to, że rozkaz został wydany przez Laurenta? Jego wiedza o świecie przyrody była jednak tak okrojona, że darował sobie jakiekolwiek prób wymądrzania się w temacie. - To nie był unikat, mieli całą skrzynkę takich butelek. Z identyczną etykietką. Zaraz ktoś z Ministerstwa zacznie się tam rzucać.
A później... zamarł. Ze spokojem, jaki opanował go wcześniej, był taki problem, że Crow spokoju nie odczuwał. To znaczy - odczuwał spokój, ale spokój tak głęboki, aby zabrał go już teraz minut w przód. Gdyby znajdował się teraz z Laurentem na tej latarence, mógłby dać mu wpleść palce w swoje włosy i przylgnąć do jego ciała, zapewne cudem powstrzymując się, aby pozostawić tę scenę cielesnej bliskości w klimacie czegoś, co nie prowadziło ich obojga ku przepaści. Nie zaczerwienił się, ale po tym jak uciekł spojrzeniem w bok, łatwo dało się wyczytać, że był blisko. Bo przecież równie łatwo przychodziło mu tonięcie w tym, co otrzymywał od blondyna. Czuł spokój, tak. Jego myśli nie wariowały we wszystkie strony, przestał się tym na moment tak przejmować, ale wiedział, że gdyby przyszło mu w tych dłoniach zacisnąć jego palce, gdyby te ramiona zamykały go w ciasnym objęciu, a nie dźwigały szpargały ze straganów, gdyby mu wtedy powiedział, że czuje się bezpiecznie... Laurent dodałby mu kilka dodatkowych lat życia, jednocześnie sprawiłby, że pieczenie w gardle by wróciło.
Uśmiechnął się nieznacznie, nieco panicznie, a później na kilka sekund złączył ich spojrzenia i nieświadomie przygryzając wargę, zdradził się w tym, o czym znowu myślał. Snuł w głowie jakieś niewybredne, wyuzdane marzenia, a później karcił się za każde z nich z osobna, bo nie miał pojęcia gdzie leżała niewidzialna linia, której nie powinno się przekraczać. Skąd wszyscy inni to wiedzieli? Cóż, najwyraźniej wszyscy inni kochali tylko jedną osobę jednocześnie. Tylko co się robiło z uczuciem, kiedy ono się już pojawiło? Rozgryzało się je na strzępy i zapominało?
Nerwowo, ruszył za nim, próbując kopnąć kamyczek i wtedy zorientował się, że coś było nie tak.
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
Uniknął upadku nie przez spostrzegawczość, a zwinność - zachwiał się jedynie, bo był niemal kompletnie wykończony, a później parsknął pod nosem, słysząc wypowiedź Laurenta. Schylił się, żeby poprawić to, w jaki sposób były zawiązane jego buty.
Rzut N 1d100 - 34
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Nie zauważył przy tym aktu agresji ze strony Mulcibera.
- To oni zbudowali te granice - odparł, obrywając świeczką w głowę. Bardziej niż zirytowany tym, co się stało wydawał się być rozbawiony. Podniósł się na równe nogi, odwrócił w kierunku dwójki Mulciberów miażdżąc złamaną świeczkę swoim butem i pokazał ich dwójce środkowy palec, bardzo wyraźnie nawiązując kontakt wzrokowy z Sophie. Brakowało mu charyzmy, żeby ich mocniej zwyzywać, mógł jej jednak zaoferować widok pełnej satysfakcji gęby. Brakowało mu też gniewu, dzięki któremu rzucone na butelkę zaklęcie okazałoby się udane.
Rzut Z 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Może tak było lepiej, stwierdził po chwili w myślach, bo chociaż szczerze wątpił, aby wylanie komuś na łeb litra cytrynówki miało mieć zgubienny wpływ na jego duszę, degradacja od czarnej magii wciąż wydawała mu się czymś skrajnie obrzydliwym.
- Dla waszej wygody - dodał, odwracając się znów do Laurenta i mierząc go spojrzeniem. - Bałeś się, że Śmierciożercy pojawią się tu i zaatakują ten stragan, a ja - splunął na chodnik, przejeżdżając palcami po miejscu, w które uderzył go wosk - szukam ich za ladą. - Pomiędzy kajdanami paskudnej zazdrości. Ale to przecież nie był aż tak irracjonalny kompleks... Nawet na sekundę nie zdziwi się, jeżeli ostatecznym wybrankiem Prewetta będzie paniczyk z dobrego domu, a nie przybłęda z ulicy zapewniający mu regularnie emocjonalny rollercoaster.
Rzuty przed edycją wykonałam za zgodą Morri.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.