10.08.2024, 16:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2025, 20:14 przez Astaroth Yaxley.)
W takich miejscach łatwo było o utratę poczucia czasu i zdrowego rozsądku. Drobne gesty, świadczące, że starszy brat był gdzieś w pobliżu, poczucie, że pomimo mojego czarnowidztwa nic złego się nie działo, a także ta niekończąca się radość i tańce, sprawiły, że zapomniałem. Zapomniałem, kim jestem. Czy też czym jestem.
Mój dotyk nie sprawiał nikomu dyskomfortu, nikt nie odsuwał się z niepokojem, nie pobudzałem w nikim instynktu ucieczki. Zacząłem się czuć swobodnie. Może nawet za bardzo. Pomiędzy kolejnymi tańcami i dzikimi wygibasami krążyły wysokoprocentowe napitki. Na mnie nie robiły żadnego wrażenia, moja głowa pozostawała trzeźwa, ale z niekłamaną satysfakcją obserwowałem szum w głowie Jamesa. Śmiałem się z niego, z czułością. Wlewałem w nas kolejne kieliszki, razem z innymi, jak gdyby nigdy nic.
Mnie upajała nie wódka, a beztroska. Stałem się anonimowym członkiem tej wesołej społeczności. Ich wielkim przyjacielem, nie zaś potworem. Rozmazane spojrzenia nie widziały mojej bladej twarzy ani sińców pod oczami. Stałem się zwierzchnikiem rodzinnych bolączek i złamanych serc. Alkohol rozwiązywał języki, więc słuchałem. Dłubałem coś na talerzu. Jedzenie było dla mnie bez smaku, ale zajmowało ręce i umysł, pozwalało odciągnąć spojrzenie od skrępowanej dziewczyny obok.
– Będzie dobrze, laska. Będzie dobrze – pocieszałem ją. W pewnym momencie pomachałem do Jamesa znad stołu, pokazując mu talerz pełen gorącego jedzenia. Każdy kochał gorące żarcie po tańcach. Kiedyś, dawno temu, dziękowałbym Najwyższej Matce za takie dary. Teraz skinięciem głową mogłem obdarować nimi innych, tych żyjących.
Polałem kieliszek dziewczynie, sobie również, i dla Jamesa, gdyż, znając Yaxleyów, zmaterializuje się tu szybciej, niż można się było spodziewać.
– Wyobraź sobie, że partner ją wystawił w dniu ślubu... Dał kosza. Faceci to świnie – rzuciłem Jamesowi wyjaśnienie, nadając naszej nowej koleżance kontekst i podwaliny pod toast. – Pamela, spójrz na to tak: teraz masz miejsce na kogoś godniejszego – powiedziałem, wychylając mocny alkohol do dna. Brzdęk szkła o stół, kawałek tortu wciśnięty na jej talerz. Niech je. Zrobi jej się lepiej.
– A ty jak się bawisz? – zapytałem Jamesa, choć odpowiedź była oczywista. Nie znałem tych ludzi, ale byli... w porządku. Magia, która trzymała tę noc w ryzach, była czysta, radosna, niewinna. Fajnie było przypomnieć sobie, że tacy czarodzieje jeszcze istnieli.
Ale wtedy to się stało. Nie od razu. Zaczęło się od charakterystycznego zapachu. Nie jedzenia. Nie potu tańczących ciał. Nie perfum. Czegoś... głębszego. Słodkiego. Metalicznego. Ciepła krew.
Uśmiech spełznął z mojej twarzy. Ktoś się skaleczył. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Ale to wystarczyło. Ten pojedynczy zapach rozciągnął się na cały stół, potem całą salę. Słyszałem bicie serc. Ich rytm. Krążenie. Mrowienie w moich żyłach. Światło stało się za ostre. Głosy za głośne. Skóra Jamesa pulsowała mi tuż przy twarzy. Pamiętałem smak.
Wargi mi drgnęły, do ust zaczęła napływać ślina. Nie. Nie teraz. Nie tutaj. Nie mogłem.
Zerwałem się z miejsca, jakby mnie oparzono. Krzesło przechyliło się i upadło z hukiem. James coś mówił, ale nie słyszałem. Pamela też. Może pytali, czy wszystko w porządku? Może chcieli mnie zatrzymać? Nie mogłem zostać. Gdybym został… zrobiłbym coś okropnego. Coś, czego bym sobie nigdy nie wybaczył.
Przepchnąłem się przez tłum. Na oślep. Dłońmi odpychałem obce ciała, które stawały mi na drodze. Wbiegłem na schody, potem w korytarz, a potem na zewnątrz. W noc.
Tam dopiero złapałem oddech. Ręce mi drżały. Kły uwierały. Oparłem się o ścianę, dławiąc się powietrzem. Przegrałem. Znów. Uciekłem od ludzi, zanim zrobiłem coś strasznego, ale to nie była wygrana. To była ewakuacja.
Stałem w cieniu budynku, oparty o chłodną, kamienną ścianę, jakby mogła mnie uratować przed samym sobą. Noc wydawała się spokojna, nawet sielska. Światła z sali wciąż migotały przez okna, śmiech i muzyka docierały z oddali, ale we mnie wszystko dudniło, huczało, rwało się na strzępy. Oddech był płytki. Dłonie, zaciśnięte na murze, drżały. Potrzebowałem więcej powietrza, więcej dystansu, więcej czasu. Potrzebowałem nie czuć.
To był tylko moment. Jedna kropla. Jeden impuls, który przewrócił cały domek z kart. Nie mogłem tam wrócić. Jeszcze nie. Może nigdy.
Drżałem.
Przeszedłem kilka kroków przez żwir, mijając porzucone kieliszki i niedopałki. Ktoś zapalił świeczki w wiszących lampionach. Rozżarzone ogniki drżały na wietrze, jakby ze mną współodczuwały. Odgłosy wesela stawały się coraz bardziej odległe, zagłuszane przez szum krwi, która nadal szeptała do mnie jak kochanek, kusząca, ciepła, pulsująca życiem. Nie, to nie krew. To Bestia do mnie przemawiała. Miało to sens.
Usiadłem na schodku prowadzącym do ogrodu. Po drugiej stronie trawnika kilkoro dzieci puszczało świetliki z różdżek – różowe i niebieskie ślady ciągnęły się po niebie jak świąteczne serpentyny. Czysta magia. Prawdziwe dzieciństwo. Uczucie, którego już nie miałem prawa doświadczyć.
Ktoś z dorosłych wyszedł z sali – sylwetka Jamesa, oczywiście. Rozpoznał mnie mimo mroku. Przez chwilę myślałem, że podejdzie, ale się zawahał. I dobrze. Zatrzymał się przy drzwiach, zmartwiony. Może nawet chciał mnie zawołać po imieniu, ale musiał coś wyczytać z mojej twarzy. Zrezygnował. Wrócił.
Nie mogłem go winić. W tym stanie mogłem być niebezpieczny. Nie tylko dla obcych. Dla niego też. Chciałem być częścią tego świata, przynajmniej na chwilę. Chciałem uwierzyć, że mogę jeszcze siedzieć przy stole, rozmawiać, śmiać się, nie obawiać się siebie. I wszystko szło dobrze. Naprawdę dobrze. Aż do momentu, w którym przypomniało mi się, czym jestem w środku.
Wciąż miałem w ustach echo smaku – echo, bo nic nie piłem, niczego nie dotknąłem. Ale to wystarczało. Myśli plątały się i rwały, przywodziły wspomnienia, instynkty, obrazy. Pragnęły. Wiedziałem, że to minie. Jak zawsze. Tym razem to przetrwam. Przeczekam. Bez ofiar.
Ale znowu coś zabrałem – tym razem sobie. Tę noc. Tę zabawę. Tę beztroskę, którą miałem na wyciągnięcie ręki, a która zgasła szybciej niż świeczka na wietrze.
Gdzieś obok rozległ się śmiech, damski głos, a potem ciche „pssst!” – zakochana para wyszła na balkon, ukryta w ciemności, trzymając się za ręce. Szeptali coś do siebie, głowy złączone. Ich serca biły równo. Cicho. Słodko.
Zacisnąłem zęby. I oczy. Wstałem. Jeszcze chwila i zostanę tu zbyt długo, pozwolę tej fali narosnąć. Musiałem coś z tym zrobić. Skierowałem się w stronę alejki prowadzącej na skraj ogrodu. Tam, za murkiem, zaczynał się park – ciemny, cichy, pusty. Mógłbym się zgubić w cieniu. Uciec z zasięgu zapachów, dźwięków, pokus.
Zanim zniknąłem całkiem, obejrzałem się jeszcze przez ramię. Tam, w ciepłym blasku lamp i muzyki, świat się bawił. Świętował życie. Miłość. Rodzinę. Związek dwojga ludzi, którzy – jak się domyślałem – nie mieli pojęcia, że podali rękę umarłemu, zapraszając go do wspólnego stołu. Nie powinienem był tam być. Ale przez chwilę było pięknie wierzyć, że mogę.
Mój dotyk nie sprawiał nikomu dyskomfortu, nikt nie odsuwał się z niepokojem, nie pobudzałem w nikim instynktu ucieczki. Zacząłem się czuć swobodnie. Może nawet za bardzo. Pomiędzy kolejnymi tańcami i dzikimi wygibasami krążyły wysokoprocentowe napitki. Na mnie nie robiły żadnego wrażenia, moja głowa pozostawała trzeźwa, ale z niekłamaną satysfakcją obserwowałem szum w głowie Jamesa. Śmiałem się z niego, z czułością. Wlewałem w nas kolejne kieliszki, razem z innymi, jak gdyby nigdy nic.
Mnie upajała nie wódka, a beztroska. Stałem się anonimowym członkiem tej wesołej społeczności. Ich wielkim przyjacielem, nie zaś potworem. Rozmazane spojrzenia nie widziały mojej bladej twarzy ani sińców pod oczami. Stałem się zwierzchnikiem rodzinnych bolączek i złamanych serc. Alkohol rozwiązywał języki, więc słuchałem. Dłubałem coś na talerzu. Jedzenie było dla mnie bez smaku, ale zajmowało ręce i umysł, pozwalało odciągnąć spojrzenie od skrępowanej dziewczyny obok.
– Będzie dobrze, laska. Będzie dobrze – pocieszałem ją. W pewnym momencie pomachałem do Jamesa znad stołu, pokazując mu talerz pełen gorącego jedzenia. Każdy kochał gorące żarcie po tańcach. Kiedyś, dawno temu, dziękowałbym Najwyższej Matce za takie dary. Teraz skinięciem głową mogłem obdarować nimi innych, tych żyjących.
Polałem kieliszek dziewczynie, sobie również, i dla Jamesa, gdyż, znając Yaxleyów, zmaterializuje się tu szybciej, niż można się było spodziewać.
– Wyobraź sobie, że partner ją wystawił w dniu ślubu... Dał kosza. Faceci to świnie – rzuciłem Jamesowi wyjaśnienie, nadając naszej nowej koleżance kontekst i podwaliny pod toast. – Pamela, spójrz na to tak: teraz masz miejsce na kogoś godniejszego – powiedziałem, wychylając mocny alkohol do dna. Brzdęk szkła o stół, kawałek tortu wciśnięty na jej talerz. Niech je. Zrobi jej się lepiej.
– A ty jak się bawisz? – zapytałem Jamesa, choć odpowiedź była oczywista. Nie znałem tych ludzi, ale byli... w porządku. Magia, która trzymała tę noc w ryzach, była czysta, radosna, niewinna. Fajnie było przypomnieć sobie, że tacy czarodzieje jeszcze istnieli.
Ale wtedy to się stało. Nie od razu. Zaczęło się od charakterystycznego zapachu. Nie jedzenia. Nie potu tańczących ciał. Nie perfum. Czegoś... głębszego. Słodkiego. Metalicznego. Ciepła krew.
Uśmiech spełznął z mojej twarzy. Ktoś się skaleczył. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Ale to wystarczyło. Ten pojedynczy zapach rozciągnął się na cały stół, potem całą salę. Słyszałem bicie serc. Ich rytm. Krążenie. Mrowienie w moich żyłach. Światło stało się za ostre. Głosy za głośne. Skóra Jamesa pulsowała mi tuż przy twarzy. Pamiętałem smak.
Wargi mi drgnęły, do ust zaczęła napływać ślina. Nie. Nie teraz. Nie tutaj. Nie mogłem.
Zerwałem się z miejsca, jakby mnie oparzono. Krzesło przechyliło się i upadło z hukiem. James coś mówił, ale nie słyszałem. Pamela też. Może pytali, czy wszystko w porządku? Może chcieli mnie zatrzymać? Nie mogłem zostać. Gdybym został… zrobiłbym coś okropnego. Coś, czego bym sobie nigdy nie wybaczył.
Przepchnąłem się przez tłum. Na oślep. Dłońmi odpychałem obce ciała, które stawały mi na drodze. Wbiegłem na schody, potem w korytarz, a potem na zewnątrz. W noc.
Tam dopiero złapałem oddech. Ręce mi drżały. Kły uwierały. Oparłem się o ścianę, dławiąc się powietrzem. Przegrałem. Znów. Uciekłem od ludzi, zanim zrobiłem coś strasznego, ale to nie była wygrana. To była ewakuacja.
Stałem w cieniu budynku, oparty o chłodną, kamienną ścianę, jakby mogła mnie uratować przed samym sobą. Noc wydawała się spokojna, nawet sielska. Światła z sali wciąż migotały przez okna, śmiech i muzyka docierały z oddali, ale we mnie wszystko dudniło, huczało, rwało się na strzępy. Oddech był płytki. Dłonie, zaciśnięte na murze, drżały. Potrzebowałem więcej powietrza, więcej dystansu, więcej czasu. Potrzebowałem nie czuć.
To był tylko moment. Jedna kropla. Jeden impuls, który przewrócił cały domek z kart. Nie mogłem tam wrócić. Jeszcze nie. Może nigdy.
Drżałem.
Przeszedłem kilka kroków przez żwir, mijając porzucone kieliszki i niedopałki. Ktoś zapalił świeczki w wiszących lampionach. Rozżarzone ogniki drżały na wietrze, jakby ze mną współodczuwały. Odgłosy wesela stawały się coraz bardziej odległe, zagłuszane przez szum krwi, która nadal szeptała do mnie jak kochanek, kusząca, ciepła, pulsująca życiem. Nie, to nie krew. To Bestia do mnie przemawiała. Miało to sens.
Usiadłem na schodku prowadzącym do ogrodu. Po drugiej stronie trawnika kilkoro dzieci puszczało świetliki z różdżek – różowe i niebieskie ślady ciągnęły się po niebie jak świąteczne serpentyny. Czysta magia. Prawdziwe dzieciństwo. Uczucie, którego już nie miałem prawa doświadczyć.
Ktoś z dorosłych wyszedł z sali – sylwetka Jamesa, oczywiście. Rozpoznał mnie mimo mroku. Przez chwilę myślałem, że podejdzie, ale się zawahał. I dobrze. Zatrzymał się przy drzwiach, zmartwiony. Może nawet chciał mnie zawołać po imieniu, ale musiał coś wyczytać z mojej twarzy. Zrezygnował. Wrócił.
Nie mogłem go winić. W tym stanie mogłem być niebezpieczny. Nie tylko dla obcych. Dla niego też. Chciałem być częścią tego świata, przynajmniej na chwilę. Chciałem uwierzyć, że mogę jeszcze siedzieć przy stole, rozmawiać, śmiać się, nie obawiać się siebie. I wszystko szło dobrze. Naprawdę dobrze. Aż do momentu, w którym przypomniało mi się, czym jestem w środku.
Wciąż miałem w ustach echo smaku – echo, bo nic nie piłem, niczego nie dotknąłem. Ale to wystarczało. Myśli plątały się i rwały, przywodziły wspomnienia, instynkty, obrazy. Pragnęły. Wiedziałem, że to minie. Jak zawsze. Tym razem to przetrwam. Przeczekam. Bez ofiar.
Ale znowu coś zabrałem – tym razem sobie. Tę noc. Tę zabawę. Tę beztroskę, którą miałem na wyciągnięcie ręki, a która zgasła szybciej niż świeczka na wietrze.
Gdzieś obok rozległ się śmiech, damski głos, a potem ciche „pssst!” – zakochana para wyszła na balkon, ukryta w ciemności, trzymając się za ręce. Szeptali coś do siebie, głowy złączone. Ich serca biły równo. Cicho. Słodko.
Zacisnąłem zęby. I oczy. Wstałem. Jeszcze chwila i zostanę tu zbyt długo, pozwolę tej fali narosnąć. Musiałem coś z tym zrobić. Skierowałem się w stronę alejki prowadzącej na skraj ogrodu. Tam, za murkiem, zaczynał się park – ciemny, cichy, pusty. Mógłbym się zgubić w cieniu. Uciec z zasięgu zapachów, dźwięków, pokus.
Zanim zniknąłem całkiem, obejrzałem się jeszcze przez ramię. Tam, w ciepłym blasku lamp i muzyki, świat się bawił. Świętował życie. Miłość. Rodzinę. Związek dwojga ludzi, którzy – jak się domyślałem – nie mieli pojęcia, że podali rękę umarłemu, zapraszając go do wspólnego stołu. Nie powinienem był tam być. Ale przez chwilę było pięknie wierzyć, że mogę.
Koniec sesji