10.08.2024, 18:12 ✶
– Rozumiem, że przykładałaś się do lekcji ONMS tak bardzo, że doskonale wiesz, jak zadbać o najrzadsze stworzenie magiczne na tej planecie, które co jakiś czas doznaje spontanicznego samozapłonu i samo wybiera sobie towarzyszy? – spytała Charlotte, mordując jednak przy tych słowach nie córkę, a Jonathana. Córka bowiem raczej w opinii Charlotte nie sprawiłaby sobie tego feniksa ukradkiem: raczej spodziewałaby się reakcji matki, a poza tym nie miała odpowiednich środków. Za to Selwyn? On mógłby takiego spróbować przeszmuglować, bo po prostu nie pomyślałby, że późniejsze zajmowanie się nim byłoby problematyczne. – Zawsze uważałam, że Anthony jest z was najzdrowszy na umyśle, ale chyba pora zmienić zdanie. Jeźdźcy smoków istnieją jedynie w książkach. W dodatku w mugolskich powieściach – prychnęła Kelly, która nie znała się na faunie na tyle, aby wiedzieć bardzo wiele o smokach, ale jedno wiedziała na pewno: nie komunikowały się z ludźmi, nie rozumiały ich języka, nie umiały przesyłać myśli, a smoczy jeźdźcy pozostawali wymysłem Annie Rice, której powieść nie tak dawno temu kupiła Shafiqowi. I chociaż Charlotte rzadko w życiu żałowała czegokolwiek, pomyślała, że tego chyba przyjdzie jej pożałować.
– Żadnych smoków. Tylko po moim trupie – dodała, mierząc spojrzeniem najpierw Selwyna, a potem przesuwając chłodnym spojrzeniem po dzieciach, by wreszcie zatrzymać wzrok na psie, jakby oczekiwała, że Benji już knuje, jakby tutaj sprowadzić za sobą swojego znajomego, smoczego pisklaka. – Niczego nie obiecuję – powiedziała jeszcze Jessiemu, odnośnie tego niemordowania jego ojca chrzestnego, chociaż skoro powstrzymała się przez trzydzieści dwa lata, istniała całkiem spora szansa, że powstrzyma się przed dokonaniem tej zbrodni także kolejne trzydzieści dwa.
Pokręciła jeszcze tylko głową, gdy dzieciaki zgarnęły psa do kąpieli, a potem spojrzała na nóż, który wciąż trzymała w dłoni, jakby dopiero co o tym sobie przypomniała.
– Pewnie jeszcze przypaliłam obiad – oświadczyła kapryśnie, gdy Jonathan powiedział, że będzie się zbierał, i sama też skierowała się do kuchni.
– Żadnych smoków. Tylko po moim trupie – dodała, mierząc spojrzeniem najpierw Selwyna, a potem przesuwając chłodnym spojrzeniem po dzieciach, by wreszcie zatrzymać wzrok na psie, jakby oczekiwała, że Benji już knuje, jakby tutaj sprowadzić za sobą swojego znajomego, smoczego pisklaka. – Niczego nie obiecuję – powiedziała jeszcze Jessiemu, odnośnie tego niemordowania jego ojca chrzestnego, chociaż skoro powstrzymała się przez trzydzieści dwa lata, istniała całkiem spora szansa, że powstrzyma się przed dokonaniem tej zbrodni także kolejne trzydzieści dwa.
Pokręciła jeszcze tylko głową, gdy dzieciaki zgarnęły psa do kąpieli, a potem spojrzała na nóż, który wciąż trzymała w dłoni, jakby dopiero co o tym sobie przypomniała.
– Pewnie jeszcze przypaliłam obiad – oświadczyła kapryśnie, gdy Jonathan powiedział, że będzie się zbierał, i sama też skierowała się do kuchni.